Śladami Piotra i Pawła

Doliny rzek, cz. III Pilica


30 kwietnia 2020 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Koronawirus. Na później odsuwam połączone z dojazdem pociągiem (czego chwilowo chciałbym uniknąć) gminobranie. Dobry moment na realizację wcześniejszych planów, na które nigdy nie było czasu. Jednym z nich jest powtórzenie pokonanej pod koniec stycznia 2010 (może to był 2011 rok) trasy doliną środkowej Pilicy. Taki sentymentalny powrót do czasów młodości, tzn. gdy byłem jeszcze młodszym staruszkiem.

Relacja z tamtej wyprawy nie zachowała się. Ludzie grupujący się wokół strony cyklomaniak.pl, na której była udostępniona, wydorośleli lub wyjechali z Łodzi, a strona przestała istnieć. Podobnie ulotniły się umieszczone w relacji zdjęcia. Pozostała poklejona, sczochrana mapa z wyrysowaną różowym markerem trasą oraz strzępy wspomnień. Papierowa mapa, a nie ślad w Garminie, do czego już się zdążyłem przyzwyczaić, jest pewnym utrudnieniem. Z tą trudnością będę musiał sobie poradzić na mniej oczywistych i znanych fragmentach trasy.

[Wszystko zaczęło się od anonsu na forum Cyklomaniaka. Piotrek (organizator Bikeorientu) szuka chętnych do pokonania wyznaczonej przez niego 300 km trasy doliną Pilicy. Chociaż początkowo pomysł zimowej wyprawy wydaje mi się absurdalny, długo się nie muszę zastanawiać. Jeżeli nie ja to kto? W tamtym czasie jestem jedynym łodzianinem biorącym udział w tak długich imprezach. Obok mnie i Piotrka pojedzie jego brat Paweł oraz jakiś początkujący rowerzysta z Kutna]

Dystans jaki mam do pokonania oraz niezbyt jeszcze długi dzień uzasadniają wczesną pobudkę. Kilkanaście minut przed godziną 6 jestem już na trasie. Po pokonaniu 7 km przez opustoszałe miasto docieram do Wiskitna, osiedla na południowym skraju miasta, gdzie rozpoczyna się właściwa, oznaczona na mapie trasa.

Mijam zalane w wyniku nocych opadów ulice, kałuże utworzone na bocznych drogach. Jest wilgotno, nisko zawieszone ciemne chmury spowijają niebo. Horyzont kryje się za mglistymi oparami. Niemal niewyczuwalny wiatr nie utrudnia jazdy. Wbrew pozorom wszystkie powyższe objawy są pozytywną wiadomością. Jest dokładnie tak jak w prognozach. Jeżeli te sprawdzą się w całości, wkrótce pojawi się słońce, a wzmagający się wiatr po południu zmieni kierunek i będzie sprzyjał powrotowi do domu.


Mglisty i ponury poranek

Przed sobą mam doskonale znane i zjeżdżone podłódzkie tereny. Pomimo tego, szybko pojawia się problem, jak wyminąć położone pod lasem letniskowe działki we wsi Borowa i trafić na właściwą drogę przez las. Szanse są mniej więcej 50:50. Tym razem nie udaje się. Linia na mapie to nie to samo co ślad GPS. Popełnione błędy trudno szybko wychwycić. Muszę improwizować by powrócić na trasę. Może nie powinienem się zbytnio przejmować tą i innymi niewielkim odchyleniami od narysowanej na mapie linii. Podobnie mogło się przecież zdażyć również podczas zimowego przejazdu.

Wszystko dzisiaj sprzyja temu bym sprawnie pokonał trasę. Na trasie pojawiają się nowe asfalty, a wiele gruntowych i piaszczystych dróg zostaje zamienionych w szybkie szutrówki. Siły natury, deszcz w ciągu dwóch sprawia, że w wielu miejscach piaszczysta trasa, teraz w niemal 100% jest przejezdna. Utrudniające jazdę piachy zostają utwardzone. Nieprzejezdne piaskownice całkowicie nasycone wodą.


Rozlewiska Gaci (Lasy Spalskie)

Przyjemy odcinek jazdy przez spalskie lasy kończy się w doskonale znanym ultramaratończykom Inowłodzu. To tu krzyżują sie trasy dwóch popularnych maratonów BBT i MPP. Tutaj przy głównej ulicy można zatrzymać się w niewielkiej jadlodajni (3 stoliczki) by uzupełnić zapasy kalorii na dalszą część ultramaratońskiej trasy. Ze względu na napięty grafik (chcialbym wrócić przed zmrokiem) nie mam w planie takiego luksusu. Na moście nad Pilicą mija 75 km jazdy i rozpoczyna się właściwa trasa doliną rzeki. W Łodzi już świeci słońca. Ja będę musiał poczekać na ten luksus co najmniej godzinę.


Inowłódz



Pilica w Inowłodzu

[Czwarty czlonek naszej wyprawy okazuje się bardzo gadatliwym i nieprzygotowanym do jazdy zawodnikiem. Z rozmów prowadzonych podczas jazdy najbardziej utkwiły mi w pamięci powtarzane od czasu do czasu słowa "poczekajcie". Po licznych próbach udaje nam się go "pozbyć", tzn. namówić do rezygnacji z dalszej jazdy i samotnego powrotu na stację kolejową w Tomaszowie Maz. Chyba nie nadaję się do niańczenia początkowego rowerzysty na ultramaratońskiej trasie.] Dopiero kilka lat później dowiem się, że 300 km to nie jest prawdziwy ultramaraton ale jedynie dystans "dla cipek".

Po minięciu mostu w Inowłodzu jadę oznaczonym w terenie szlakiem pieszym. Doskonale pamiętam napotkaną na trasie rzeczkę. Wówczas niewielką przeszkodę udaje się pokonać po jakiejś rzuconej w poprzek kłodzie. Teraz w tym miejscu znajduje się porządnie wyglądająca kładka. Wezbrany nurt niemal dotyka drewnianej konstrukcji. Robię pamiątkową fotkę i ... przechodząc ślizgam się na zanurzającym się w wodzie pod moim ciężarem środkowym przęśle kładki. Uff! Udaje się utrzymać równowagę. Nawet nie chcę myśleć co by się zdarzyło gdybym próbował pokonać to miejsce rowerem. Głęboko nie jest - zaledwie kilkanaście centymetrów. W zależności od tego w jakiej pozycji zakończyłby się upadek to albo zamoczone buty i dolna część spodni albo kąpiel ze wszystkimi wynikającymi z tego efektami.


Kładka na Słomiance

Szlak którym jadę opuszcza dolinę i skręca na południe. Jadąc prosto szybko dotarłbym do Rezerwatu Niebieskie Zródła. Żeby zobaczyć baśniowe widoki, to urocze miejsce najlepiej odwiedzić o mglistym poranku. Spacer w tłumie odwiedzających ten "deptak" turystów i mieszkańców mija się z celem.

Jadę przez pola i wioski trasą jaką pokonują omijające Tomaszów Maz. pielgrzymki. Wkrótce wjeżdżam w las. Mijam ukryty w lesie ogromny betonowy bunkier kolejowy w Jeleniu, bliźniaczy do tego bardziej znanego i zagospodarowanego w Konewce, ktory mijałem po drugiej stronie Pilicy. Jadę po idealnie równej, idealnie twardej leśnej szutrówce. Pomimo, że ma już swoje lata, po wyrównaniu i uzupełnieniu ubytków, utwardzana jesy przy pomocy będącego na stanie leśnictwa/nadleśnictwa walca.

Mijam w pewnej odległości znaną z innych wyjazdów tamę spiętrzającą wody Zalewu Sulejowskiego. Asfalt wkrótce się kończy, szuter również. Jadę piaszczystą dróżką przez las. Pomimo, że piaski są dzisiaj przejezdne, w miarę możliwości staram się je omijać. Spowalniają jazdę i niepotrzebnie wysysają siły, ktore będą potrzebne na dalszej trasie. Nieco dalej niedostatecznie utwardzona szutrówka - szuter zmieszany z gliniastą, klejącą się do opon ziemią. Zwykle zalew objeżdżam korzystając z asfaltowego wariantu. Widok charakterystycznych murów hotelu umieszczonego w dawnym opactwie Cystersów na skraju Sulejowa oznacza, że część trasy prowadzącą wzdłuż Zalewu mam już za sobą.


Sulejów (trochę mi się skrzywiło)

Kilka kilometrów za miastem mijam ośrodek wegetariański w Tarasce. Tutejsza kuchnia serwuje posiłki wegańskie w najbardziej ekstremalnym wydaniu. Na stanie kuchni jest pilnująca procedur oryginalna Hinduska. Żeby było bardziej "pikantnie" do potraw nie dodaje ani soli ani jakichkolwiek przypraw.

W tym miejscu znajdowała się baza najbardziej upalnego maratonu na orientację. Podczas Bikeorientu rozgrywanego w okolicy, temperatura przekraczała 30 st. C i wykosiła wielu mniej odpornych zawodników. Z uprzejmości próbowałem wtedy zjeść pierwsze warzywne danie. Poddałem się podczas konsumpcji rozwodnionej bezsmakowej zupy. Wizyta tutaj, najlepiej w towarzystwie przyjaciół, skutecznie zniechęci do zmiany tradycyjnych nawyków kulinarnych.

[Niewielka pokrywa śnieżna nie utrudnia jazdy. Podłoże jest twarde ale mimo to za każdym razem gdy Piotrek pilnujący trasy skręca z asfaltu w boczną gruntową drogę, wydaje z siebie cichy jęk zawodu. Większym problemem jest śliska nawierzchnia. W połączeniu z ciemnościami nocy, niedostatecznie rozjaśnianymi czołówkami, nie ułatwia to jazdy. Co pewien czas któryś z nas nawiązuje bezpośredni kontakt z podłożem. Chociaż w Inowłodzu pozbyliśmy się naszego spowalniacza, chociaż (jeszcze) nie brakuje nam sił, nie jedziemy na miarę naszych możliwości. Gdzieś z tyłu głowy tkwi obawa przed kolejnym upadkiem przy dużej prędkości].

Dłuższy odcinek asfaltowych dróg doprowadza mnie na skraj najwyższego opoczyńskiego wzgórza. Przede mną wznosi się poznana podczas innej edycji Bikeorientu w Ręcznie, Diabla Góra. Tutaj również brałem udział jako pomagier a nie uczestnik zawodów. Na szczycie spędziłem nieco czasu, najpierw rozwieszając lampion, a później robiąc fotki uczestnikom. Ta edycja została w pamięci uczestników z powodu konieczności (brak mostów) wielokrotnego pokonywania Pilicy wpław. Optymalizacja trasy powodowała, że niektórzy z zawodnikow pokonywali brody nawet 5-7 razy. W zależności od miejsca, woda sięga tu do kolan lub do krocza tych najwyższych.


Kamieniołom pod Diablą Górą

Odnalezienie jednej ze ścieżek prowadzących na szczyt nie jest najłatwiejszym zadaniem. Mijam kamieniołom i szybko daję za wygraną. Prowadzę rower wzdłuż niewyraźnej przecinki, później łagodnym zboczem prosto w górę. Pojedyncze wzgórze i rzadki przejrzysty sosnowy las nie utrudniają tego zadania. Z daleka widzę umieszczony na szczycie pomnik poświęcony walczącym w tych lasach żołnierzom AK. Zjeżdżając w dół minę obelisk upamiętniający żołnierzy AL.

Pierwszy "spowalniacz" mam już za sobą. Z utęsknieniem i obawami czekam na kolejny zmniejszający szybkość jazdy fragment trasy, najwyższy i "najfajniejszy" szczyt. Chcialbym to mieć już za sobą. W międzyczasie, korzystając z równych asfaltów staram się podnieść średnią pokonanej trasy powyżej granicy przyzwoitości czyli 20 km/godz.

Kolejny spowalnicz pojawia się szybciej niż się tego spodziewałem. Skręcam w 3 kilometrową prowadzącą przez las dróżkę. Niestety nie jest to ani szutrowa ani nawet twarda leśna droga. Piasek. Piasek w najczystszej postaci. Woda zdążyła już przez niego przesiąknąć, temperatura dołożyła swoje. Piaszczyste podłoże powoli wraca do swojej właściwej konsystencji. Czuję bezsilność i wściekłość. Pomimo, że wkładam w jazdę wszystkie siły mam wrażenie, że ledwie poruszam się do przodu. Realnie krótka droga wydaje się nie mieć końca. Jeszcze tylko piaszczysty podjazd na nasłonecznionych polach i wracam na asfalt.

Przecinam drogę krajową, a to oznacza, że jestem na wysokości pozostawionego gdzieś z boku Przedborza. Po raz drugi opuszczam dzisiaj dolinę rzeki. Tym razem celem jest najwyższy szczyt Gór Przedborskich. Po kilku kilometrach przed oczyma pojawi się charakterystyczny podłużny kształt. Nie trzeba dużej wyobraźni by ten widok przyrównać do grzbietu ryby. Jak fajna będzie to ryba doskonale pamiętam z zimowego przejazdu, a będę mógł sobie przypomnieć już za moment.


Fajna Ryba (z lewej)

[Przede mną stroma obsypana śniegiem skarpa. Buty ślizgają się przy każdym kroku. Przy odrobinie nieuwagi mogę zjechać nawet kilka metrów w dół. Jeżeli normalnie się nie da, trzeba to zrobić sposobem. Wyprostowując ręce wypycham rower maksymalniie do góry, zaciskam hamulce i korzystając z tej kruchej podpory robię dwa kroki w górę, wypycham rower, dwa kroki ... i tak aż do skutku]

Począkowy odcinek podjazdu pokonuję jadąc asfaltem. Jeszcze kilkadziesiąt metrów gruntowej drogi i początek ścieżki, którą nie da się już jechać. Prowadzę rower po coraz bardziej stromym nachyleniu. Końcówka to już prawdziwy hard core. Lekko wilgotna ziemia i agresywny bieżnik w moich SPD-ach sprawiają że nogi pewnie trzymają się podłoża. Nie muszę nic kombinować. Co kilka, kilkanaście kroków zatrzymuję się by uspokoić oddech. Środek słonecznego dnia sprawia, że oczy zalewa mi pot Wreszcie robi się zupełnie płasko. Pokonanie kilkuset metrów łagodnie wznoszącej się drogi dzielącej mnie od szczytu Fajnej Góry byłoby tylko sztuką dla sztuki. Na całym porośniętym lasem grzbiecie nie znajdę żadnego miejsca widokowego (a szkoda). Jadę w przeciwnym kierunku.

Dość łagodnie opadająca droga w dół. Z niepokojem spogladam na dystans przekraczający właśnie 170 km. Na usta ciśnie się pytanie. Czy oby na pewno trasa została dobrze zwymiarowana i liczy tylko 300 km? Do najdalszego punktu trasy i mostu na rzece Pilicy jeszcze trochę mi brakuje. Czy moja wycieczka nie skończy się już po północy czyli w maju?


W drodze do najdalszego mostu

Asfaltowe i polne drogi. Teraz skrupulatnie pilnuję trasy przejazdu. Tu nie będzie miejsca na improwizację. Na most muszę trafić i to za pierwszym razem. Ciemiętniki - tu kończy się asfalt. Gruntowa droga nie jest wcale oczywista. Podobnie jak most nie jest chyba zbyt często używana. Na liczniku 186 km i 9 i pół godzinie jazdy.


Pilica w Sudzinie

Osiągnąłem najbardziej na południe wysunięty punkt - most na Pilicy. Czas na powrót. Chociaż dystans pozostały do pokonania przekracza (nie wiem jak znacznie) 100 km, od tej chwili będę wyraźnie zbliżal się co końca wycieczki. Na początek szukam leśnej dróżki przez las, która doprowadzi mnie do mostku/kładki przez Pilicę. W ten sposób wrócę na brzeg rzeki, który dopiero co opuściłem. Pierwsza, zbyt wczesna próba nieudana. Przy drugiej też mam poważne obawy. Przez nadpiliczne łąki prowadzi słabo widoczna, ledwo wydeptana ścieżka. Czy tak wygląda dojście do przeprawy przez rzekę? Mam spore obawy ale nie mam też innego wyjścia ani żadnego planu awaryjnego.

Mogę tylko z ulgą westchnąć. Przez rzekę prowadził tu całkiem porządny most. Kluczowy jest tu czas przeszły. Na solidnych ułożonych co pół metra szynach leżą deski mające już lata swojej świetności za sobą. Pojawiają się między nimi duże przerwy. Można tą przeszkodę pokonać pieszo i do tego celu most jest jeszcze używany. Można przeprawić się z rowerem, przy pewnym stopniu determinacji może również z lekkim motorem.


Stary most w Bobrownikach

Solidna podstawa pozwala stwierdzić, że przy stosunkowo niewielkich nakładach można by doprowadzić ten mostek do pełnego stanu używalności. No cóż, widać nie ma takiej woli mieszkańców leżącej obok rzeki wsi Bobrowniki. Może po prostu nie ma takiej potrzeby. Przez wieś prowadzi asfaltowa droga więc bez problemu można dostać się do innego położonego kilka kilometrów w dół lub górę mostu.

Jadąc asfaltową drogą mijam położony po drugiej stronie rzeki Krzętów i wjeżdżam w piaszczyste nadpiliczne lasy. Jechać się da, ale przyjemność z jazdy błyskawiczne znika. Sytuację ratują używane przez rowerzystów omijające piaski lasem ścieżynki.

Bezdrzewny prześwit w lesie, zbiornik wodny i spływający do Pilicy strumyk. W środku lasu pojawiają się oznaki cywilizacji. Rozrzucone na dużym obszarze w lesie drewniane domy i domki, różnej wielkości i o różnym kształcie. Przy drodze wielka drewniana brama. Stanica harcerska radomszczańskiego hufca ZHP w Białym Brzegu.


Stanica w Białym Brzegu

[Pośrodku lasu w świetle czołówek pojawia się wielka drewniana brama. Pomimo, że drewniany płotek zagradza wejście Piotrek nie rezygnuje. Nie bez powodu. "Przypadkiem" odbywa się tu zlot Potrkowskiej Grupy Rowerowej - PGR (a może to była grupa rowerowa z Radomska). Bez znaczenia, wkrótce zostajemy wpuszczeni do środka. Widok śnieżnych ludków na rowerach w późnych godzinach wieczornych robi wrażenie szczególnie gdy zlotowicze dowiadują się skąd i dokąd jedziemy. Wielu z nich rowery powiesiło już dawno na hakach i na zlot przyjechało samochodami.

Zostajemy ugoszczeni gorącą herbatą. Dostajemy też coś gorącego do zjedzenia. Rozmową nie byłoby końca ale my mamy inny cel do zrealizowania. Ognisko/kominek jest jak najbardziej pozytywnym elementem na Zlocie. Twarz przemarzniętego Piotrka zmienia kolor z sino-czerwonej na bardziej cielisty i naturalny. Z żalem ale jednak opuszczamy znajomych bikerow i to gościnne miejsce]

Po kilku kilometrach mijam Przedbórz i przez most przedostaję się na właściwą stronę rzeki. Ciężko mi się utrzymać na zaznaczonej trasie. W pewnej chwili zamiast skręcić w prawo i szutrówką pojechać przez las, skręcam w przeciwnym kierunku i jadę główną asfaltową drogą przez Bąkową Górę. W tym miejscu podarta mapa na łączeniach "rozjechała się" na 4 strony co nie ułatwiło właściwej decyzji. To najpoważniejsze odstępstwo od oryginalnej trasy. Dalej trasa jest już bardziej oczywista. Ułatwieniem są też oznaczenia czerwonego szlaku.

[Skoro jest zima to musi być zimno. Dla mnie jeżdżącego w każdych warunkach nie jest to zaskoczeniem. Paweł to gorący chłopak. Najbardziej cierpi najchudszy z nas i jadący "na letnio" Piotrek. Od Pawła dostaje jakąś kurtkę, ode mnie zapasowe rękawiczki. Przed Sulejowem ostatni raz zatrzymujemy się, by coś zjeść. Piotrek rozciera skostniałe ręce, ja siadam na jakimś słupku by złapać kilka minut snu.]

Sulejów. Krótki odcinek obleganej przez samochody krajówki i skręcam w las. Wkrótce mijam moją ulubioną kładkę nad wpadającą do Zalewu Sulejowskiego Luciążą. Powolny nurt wskazuje, że Zalew w dużym stopniu wypełniony jest wodą.


Kładka nad Luciążą

Nawet latem obniżony poziom wody w głębszym niż Jeziorsko zbiorniku nie jest tak bardzo zauważalny. Problemem są natomiast pojawiające się wtedy sinice, których rozwój wzmagają spływające z nawożonych pól wody. Zalew - największe łódzkie kompielisko - przestaje już pełnić tą funkcję. Trudno wypoczywać w miejscu, w którym gnijące organizmy wydzielają woń łudząco podobną do wybijającego szamba. Zapobieganie występowania sinic jest możliwe. Wymagałoby współdziałania wszystkich gmin nad Zalewem i dużych nakładów.

[Trasa prowadzii przez Żarnowice Dużą. Piotr i Paweł to rodowici żarnowiczanie. Pani Ela, mama braci czeka już na nas ze śniadaniem. Spędzamy tu więcej czasu niż potrzebne na posiłek minimum. Do końca trasy pozostało już niewiele 40 km i niechętnie ale trzeba będzie zdobyć się na ostatni już wysilek.]

Kiedy opuszczam rosnące nad Zalewem lasy, nic nie tłumi dość silnego ułatwiającego jazdę wiatru. Mimo ambitnych planów nie zdążę przed zmierzchem. To doskonale znane tereny więc znam tu każdą dróżkę i mogę jechać "w ciemno". Nie ma szczegolnej potrzeby by dociągnąć po trasie aż do Wiskitna. Przejeżdżam obok tego miejsca w odległości 2-3 km. Pod blokiem melduję się ok godz. 21:30. Przy postojach ograniczonych do minimum, po niespełna 16 godzinach kończę jazdę. W czasie zimowej wyprawy zajeło nam to ok. 30 godzin.

Trasa wycieczki

Dystans 311,5 km
Czas 15:52
Czas jazdy 15:16
Postoje 36 min
średnia 20,4 km/godz.


Krzysztof Wiktorowski (wiki)
e-mail: wiki256@gmail.com


Doliny rzek cz.I - Bzura - Rawka - Wobórka

Doliny rzek cz.II - Ner - Warta

Doliny rzek cz.IV - Grabia, Widawka

powrót