
.
Styczniowa Zimowa Wataha przebiegła zgodnie z porą roku w iście zimowych warunkach. Dla mnie start kończy się poślizgiem i dość niefortunnym i bolesnym upadkiem na końcowym odcinku trasy. Pomimo to bez problemu docieram do mety. Przede mną kilkutygodniowa abstynencja od jazdy rowerem. Złamany wyrostek barkowy, jak sama nazwa wskazuje, nie jest najbardziej istotnym elementem układu kostnego.
W planach na ten rok nie miałem startu w Wiosennej Watasze. Mateusz (organizator) w rozmowie telefonicznej na temat mojego zdrowia ma inne zdanie i przedstawia propozycję nie do odrzucenia. Cóż nie chcę ale pojadę. Na dwa tygodnie przed startem pani chirurga opiekująca się mną w przychodni, optymistycznie (chyba dla niej) stwierdza, że mogę już zdejmować ortezę usztywniającą bark ale tylko kiedy jestem w domu. Jeżeli chodzi o jazdę rowerem (kiedy i czy mogę jeździć) nie wypowiada się wcale. Nawet nie myślę pytać i podejmować tego tak drażliwego tematu, w którym i tak pozostalibyśmy na diametralnie odmiennych stanowiskach.

8:00 Start. Nie jest źle, stając na starcie imprezy, po krótkiej trzytygodniowej przerwie, mam już w nogach ponad 1000 kilometrów. Na trasę ruszamy tak jak w styczniu po zachodniej stronie jeziora Rejowskiego. Minęły już czasy (całkiem niedawno), gdy od startu walczyłem o jak najlepszą pozycję. Teraz ze spokojem patrzę jak duża grupa odjeżdża i jest już daleko z przodu. Jadę własnym tempem pozwalając wyprzedzać się kolejnym zawodnikom.
Wkrótce opuszczamy tereny zurbanizowane Skarżyska-Kamiennej i Suchedniowa. Asfalty zastępują długie i jeszcze nie zniszczone przez ciężki leśny sprzęt szutrówki. Jak przystało na współczesne maratony gravelowe, tak i tu ilość nieutwardzonych dróg będzie dość ograniczona do poniżej 50%. Pomimo wrażenia dużej ilości jazdy przez lasy, lesistość trasy oscyluje wokół 30%. Wkrótce las się kończy a zaczyna jazda bocznymi ulicami kolejnego miasta Starachowic.
Można powiedzieć, że mam pecha ponieważ szlabany przejazdu kolejowego zamykają się chwilę przed moim przyjazdem. Doganiam dwójkę zawodników ale po chwili przed szlabanem koczuje już ok. 30 rowerzystów. Znaczna część to uczestnicy, którzy na starcie wybrali krótszą trasę. Chociaż nie jest to komfortowa, a wręcz stresująca sytuacja, to w rzeczywistości przedłużające się oczekiwanie na odjazd stojącego przy peronie pociągu trwa zaledwie 2 minuty. Starachowice - 27 km - godz. 9:12-9:14.

Kolejne leśne szutry i kolejne polne drogi. Pogoda jak można zobaczyć na zrobionym na 40 km trasy zdjęciu jest niemal idealna. Słonecznie z niewielkim nieutrudniającym jazdę wiatrem. Zapowiadane przez organizatora: krótki odcinek zalany wodą i równie krótki piaszczysty odcinek polnej drogi (oba przejezdne) wcale nie psują tego idealnego obrazu. Gdyby nie były wspomniane w komunikacie startowym zupełnie nie zwróciłbym na nie uwagi. Zwykle jeżdżę w dużo gorszych warunkach.
Idylliczny przejazd przez mazowieckie i świętokrzyskie wioski zaburza tabliczka Bałtów. Jest to położona w dolinie Kamiennej i na jej zboczach wioska (i siedziba gminy) stylizowana na siedzibę czarownic.Trzeba przyznać, że włodarze gminy włożyli wiele energii by uatrakcyjnić pobyt w tym miejscu. Park dinozaurów, Polska w miniaturze, ZOO safari itd. Trzeba by tu zatrzymać się na dłużej, a na to dzisiaj nie ma czasu. Bałtów - 89 km - godz.12:07 (czas 4:07, postoje 2 min., średnia 22,0 km/godz.).
Duża, pełna sklepów miejscowość to dobra wiadomość, Będzie okazja żeby wyprzedzić, przynajmniej na chwilę kilku jeżdżących szybciej zawodników. Okazji do zatrzymania się na trasie będzie mnóstwo. Niektórzy jadący "na lekko" bikerzy będą wyprzedzali mnie wielokrotnie, niektórzy nawet 5 czy nawet 7 razy. Jak widać jazda bez zbędnego bagażu (i jedzenia) ma swoje plusy i minusy.
Skręcam w boczną ukrytą za stojącym na rogu budynku uliczkę. Zaczyna się pnąca na okoliczne wzgórze ściana. W ostatniej chwili zrzucam łańcuch na małą tarczę i największy tryb. Mozolnie wspinam się. Wyprzedzają mnie zawodnicy dużo lepiej do tego przygotowani (50 zębów z tyłu znacznie ułatwia pokonywanie takich podjazdów). Uliczkę otacza kilkadziesiąt wysokich rzeźbionych w drewnie różnych postaci i fantastycznych stworów. Utwardzona droga kończy się u podnóża głębokiego lessowego wąwozu. Zaczynam podjazd na grzbiet otaczający od południa wioskę.

Mijam najbardziej na wschód wysunięte fragmenty trasy. Skręcam na zachód wjeżdżając w zalesione, a jednocześnie bardziej płaskie tereny. Pokonuję kolejne długie i szybkie drogi rabunkowe (tzn. służące do wywozu drewna z lasu szutrówki). Kiedy opuszczam obszary leśne Puszczy Iłżeckiej i ponownie pojawiają się pierwsze cywilizowane tereny, do punktu żywnościowego mam już naprawdę blisko. Rowery, oblegane przez cyklistów stoliki, banery Watahy. Piknikowy nastrój. Odnoszę wrażenie, że tu nikt nigdzie się nie śpieszy. Jestem na właściwym miejscu. Nietulisko Małe 147,5 km, godz. 14:57 (czas 6:53, postoje 4 min., średnia 21,4 km/godz.).
Pizzeria Umami (godz. 14:57-15:10). Przez chwilę staram się ogarnąć w jaki sposób mogę skorzystać z przysługującego zawodnikom posiłku. Po chwili okazuje się, że pizza to główne a nie dodatkowe (za opłatą) danie serwowane w tym miejscu. Z oferty wybieram oczywistą dla mnie ostrą wersję wypieku. Z dwóch ostrych bez wahania tę o nazwie Wataha, chociaż nie sprawdzam czym się różnią. Mam ochotę pochłonąć cały krążek ale na początek dostaję 2 kawałki z opcją uzupełnienia o dowolną ilość kolejnych. Wkrótce zjadam jeszcze jedną porcję. Kilka kubków gorącej herbaty na miejscu i woda do bidonów uzupełnia aprowizację. Nie ma najmniejszego powodu by pozostać tu chociaż chwilę dłużej.
Poszło dość sprawnie, więc na dalszą trasę ruszam po 15 minutach. Gdzieś za pit-stopem jest opcja zmiany trasy średniej na długą lub odwrotnie. Na pytania znajomych (i nieznajomych) o wybór trasy, żartem odpowiadam: "długa - nie mam ochoty, ale to żaden argument żeby pojechać krótką", Tak naprawdę przyjechałem na długą wersję trasy wiosennej Watahy i nawet przez moment nie myślę, żeby to zmienić.
Szybko na trasie pojawiają się krótkie ale ostre asfaltowe podjazdy. Gdyby to były gruntowe lub szutrowe drog, z pewnością wybrałbym pieszą wersję zdobywania wzniesienia. Teraz męczę się na tyle, że gdzieś w tyle głowy pojawia się myśl, a może by tak skrócić trasę. Żeby nie kusić diabła nie sprawdzam w którym dokładnie miejscu znajduje się rozwidlenie tras. Zdobywam jeszcze kilka "ścianek" i trasa nieco się wypłaszcza. Uprzedzając fakty, cała trasa była dla mnie przejezdna i nie wymagała pchania roweru.

Podjazdy, nie zawsze bezpieczne zjazdy, polne, leśne, asfaltowe drogi. Fantastyczne w świetle popołudniowego słońca widoki. W pamięci zapada długi nieprzyjemny lessowy wąwóz mający swój koniec/początek nieopodal wsi Mychów koło Jędrzejowic. Zżymam się wspinając wolno w górę jaru. Widoki jakie rozpościerają się dookoła z grzbietu na który docieram, w zupełności wynagradzają poniesione trudy. Równa asfaltowa droga przez położone na wzniesieniu wioski łagodnie opada na wschód. Być może pomaga lekki sprzyjający wiatr. Tu czuje się przyjemność z jazdy. Nie mam czasu ani ochoty żeby przerwać jazdę i sięgnąć po aparat. Zdjęć brak.
Pokonałem ostatni z kilku wąwozów. Pozostawiły pozytywne wspomnienia. W przeciwieństwie do Brejdaka, tu nieliczne lessowe jary pojawiają się dość rzadko i tylko wtedy gdy wynika to z przebiegu trasy. Na trasie Brejdaka zaliczanie kilkunastu takich wąwozów było sztuką dla sztuki.
Pomimo godzin wczesnopopołudniowych i bezchmurnej słonecznej pogody (a może właśnie dlatego) temperatura szybko obniża się. Na początek opuszczam podwinięte rękawy. Później wyciągam z sakwy i zakładam cienką kurtkę. Całość uzupełnia przez cały czas koszulka kolarska. Powracam do stanu pierwotnego czyli ubrania jakie miałem na sobie na starcie.
Lasy Puszczy Iłżeckiej już dawno pozostały z tyłu. Teraz trasa prowadzi przez odkryte rolnicze tereny. Na przemian pokonuję wyasfaltowane drogi i polne dróżki. Niektóre z nich zryte przez terenowe samochody, których grupka wzniecając tumany kurzu nadjeżdża z przeciwka. Tu działa prawo silniejszego, Nie próbuję konfrontacji, ustępuję jadąc gdy się da po polu lub grzecznie zatrzymując się po stronie, z której czuję lekkie powiewy wiatru. Przejazd tą polną drogą za Strychowicami (jak na zdjęciu) po opadach byłby mocno utrudniony. 177 km godz 17:05 (czas 9:05, postoje 20 min., średnia 20,3 km/godz.).

Nadzieja na zobaczenie ruin Krzyżtoporu w świetle dnia odpływa razem z chowającym się już dużo wcześniej za horyzontem słońcem (godz 19:33). Za mną 222 km czyli 2/3 przewidzianego dzisiaj do pokonania dystansu (czas 11:33, postoje 24 min., średnia 19,9 km/godz.). Z nastaniem ciemności atrakcyjne widoki znikają, przestają rozpraszać i nie przeszkadzają w sprawnym pokonywaniu dystansu, Teraz wzrok skupiony jest na przemian na ekranie nawigacji i widocznym w świetle czołówki fragmencie drogi.
Wraz z nastaniem nocy temperatura zgodnie zresztą z przedstartowymi prognozami błyskawicznie obniża się. Jestem na to doskonale przygotowany (przynajmniej tak mi się wydaje). Kiedy chłód na szybkich asfaltowych zjazdach niebezpiecznie wychładza ciało, decyduję się na odsuwane w czasie uzupełnienie ubrania. Wyciągam z sakwy zabraną na tę okoliczność koszulkę termoaktywną (godz.20:30, 238 km). Szybko poczuję rozchodzące się po całym ciele przyjemne ciepełko. Przez długi okres czasu nie zmienią tego nawet szybkie asfaltowe zjazdy. Bez obaw sięgam też po bidon z lodowato chłodną herbatą.
Asfalty, lepsze lub gorsze gruntowe drogi. Znak końca drogi dla kierowców, nie obowiązuje i nie odstrasza rowerzystów i uczestników Watahy. Zjeżdżam coraz gorzej wyglądającą rozmytą gruntową drogą.. Wreszcie jest - Bród na Dobruchnie. Jedyna atrakcja podczas tej edycji Watahy. Szeroka na 2 metry ciemna w środku nocy toń. Nie zastanawiam się i nawet na chwilę nie zatrzymuję. Ufam w zapewnienie Mateusza, że jest bardzo płytko i bardzo twardo. Po chwili rozczarowany znajduję się już po drugiej stronie niewielkiej rzeczki. Ta przeszkoda zdecydowanie rozczarowuje. Trudność podobna jak podczas pokonywania zwykłej kałuży (275 km, godz.23:00).

Od razu na myśl przychodzi mi rozgrywana w 2022 r. [Droga do Piekła] - 2 edycja Watahy (a pierwsza jej edycja w Skarżysku-Kamiennej). Wtedy do pokonania była o wiele szersza (3-4 m) i znacznie głębsza i groźnie szumiąca rzeka Czarna. Wtedy również trzeba było uwierzyć na słowo organizatorowi, że można ją bez obaw pokonać rowerem.
Pokonywanie innej rzeczki podczas pierwszej edycji Warta800 z tegoż samego 2022 roku nie zakończyło się tak szczęśliwie. Upadek na środku płytkiej rzeczki w środku lata nie był nawet dokuczliwy. Jako pamiątka pozostały zdjęcia zrobione przez czyhającego na pechowców fotografa. Trzeba przyznać, że Mario organizator imprezy lojalnie ostrzegał przed niebezpieczeństwem upadku na śliskim dnie.

Temperatura nieustannie obniża się. Dodatkowa koszulka, mająca zapewnić mi komfort termiczny aż do mety, w końcu przestaje dawać wystarczającą ochronę. Ciało stopniowo wychładza się. Na zjazdach dopada mnie trzęsawka i boję się, że skostniałe ręce nie utrzymają kierownicy, Znów odkładam ten moment jak tylko się da, ale o północy wyciągam z sakwy cienką kurtkę p-deszcz (ok. godz. 24, 288 km). Niby niewiele ale trochę poprawia termikę. W zapasie mam jeszcze folię NRC. Skomplikowana procedura jej wykorzystania (owijania się) sprawia, że pozostawiam ją jako ostatnią deskę ratunku, kiedy sytuacja stanie się naprawdę krytyczna.
Do mety pozostało niewiele ponad 40 km, czyli przy zadowalającej szybkości niewiele ponad 2 godziny. To jest ten moment kiedy moje oczekiwania stają na głowie. Teraz cieszy każdy, najlepiej długi i łagodny podjazd. Przerażeniem napawają natomiast strome zjazdy. Żeby ograniczyć możliwość wychłodzenia, naciskam wtedy hamulce by ograniczyć szybkość i związany z tym efekt mrożący. Zaciskam zęby i odliczam kilometry dzielące mnie od mety. Powrót lasami nie jest nawet taki zły. Wkrótce docieram do miejsca, od którego będę jechał poznaną rano trasą. Pierwsze oznaki cywilizacji. Zabudowania Suchedniowa, tory kolejowe, skraj jeziora Rejowskiego. Błyskające z tyłu światła dodają motywacji żeby silniej naciskać pedały.

Skarżysko-Kamienna(godz.2:53) - META
Na mecie odmeldowuję się po niespełna 19 godzinach (dystans: 320,7 km, czas trasy/jazdy 18:57/18:09, postoje: 44 min., średnia: 18,2 km/godz.. Wynikiem nie ma się co chwalić ale kilka osób udało się wyprzedzić.

