.

Urlop nad Wartą

Przygodowy Ultramaraton Rowerowy WARTA 800


Zawiercie-Kostrzyn nad Odrą, 13-18 sierpnia 2022 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Jest Ona - Warta, jedna z trzech największych i jednocześnie najbardziej różnorodna z polskich rzek. Jest On - Mario, organizator, z przytupem wdzierający się z tworzonymi przez siebie imprezami do kalendarza ultramaratonów. Wynik takiego połączenia wydaje się oczywisty - jeden z najciekawszych i jednocześnie najtrudniejszy, z rozgrywanych na terenach nizinnych, ultramaraton - Warta 800.

Organizator włożył dużo trudu, by poprowadzić trasę maratonu w miarę możliwości jak najbliżej brzegu rzeki. Krajobrazy podobnie jak rzeka nieustannie się zmieniają, ale przez cały czas towarzyszy nam w najbliższym sąsiedztwie jej nurt. Porównanie, utworzonej trasy z trasą Wisła 1200, podczas której rzekę przez zdecydowaną część trasy widzi się z oddali jak gdyby przez szkiełko, wypada na korzyść Warty.

Po przyjeździe do Zawiercia ruszam na krótki rekonesans. Z pewną trudnością odnajduję kolejne niuanse przejazdu przez ulice i nadwarciańśkie zieleńce miasta. Nocleg w towarzystwie Achoma. Nie znacie, nie szkodzi. To jeden z najbardziej zasłużonych ultramaratończyków. W jednym z minionych sezonów pokonał wszystkie 30 ultramaratonów szosowych przejeżdżając rocznie dystans ponad 40 kk. Pokonał również dwukrotnie dystans najdłuższego ultra MRDP. O imprezach rowerowych możemy rozmawiać bez końca. Teraz, jak sam twierdzi, przeszedł na sportową emeryturę, więc chyba o sukces nie powalczy.


Warta 800 - od zródeł aż do ujścia


Kilka przedstartowych dni to, pewnie nie tylko z mojej strony obserwacja zmieniających się prognoz dotyczących dnia startu jak i późniejszych dni. Będzie padać, lać czy może dopadnie nas morderczy upał? Tak naprawdę sprawa rozstrzygnie się dopiero przed startem.

No to czas na właściwą relację. Podzielę ją na poszczególne dni pokonywania trasy. Jak było? Odczucia zmieniają się każdego dnia; od bezsilnie, nudno, upalnie, po przyjemnie. Bezsilnie, bo dopadają mnie dolegliwości żołądkowe (przez pół dnia posiłkuję się jedynie małymi łykami wody). Nudno, bo przez ponad 100 km jadę poprowadzonymi wałami lub obok nich dobrymi szutrowymi drogami z rzadkimi oznakami cywilizacji. Upalnie, bo rozgrzane łąki w okolicach Rogalina mocno dają się we znaki. Przyjemnie, bo po nocnej burzy budzi mnie przyjemny chłodek, pojawia się więcej asfaltów, a deszcz utwardził piaski na gruntowych drogach.

Dlaczego nie ma nic o piachach - te były nieodłącznym towarzyszem naszej podróży. W mniejszym lub większym stopniu były wszędzie. Upalne lato (ocieplenie klimatu) sprawiło, że było ich wyjątkowo dużo. Jakżeż inaczej wyglądałoby pokonywanie tej trasy wiosną. Pomarzyć można.


Warta


Dzień pierwszy, sobota - 13 sierpnia 2022 r. (Kromołów-Ogroble)

Bezsilnie


Kromołów, obecnie dzielnica Zawiercia. Tu rozpoczniemy przygodę z rzeką Wartą, której źródła ukryte są w pobliskiej kaplicy. To jedyne miejsce, w którym można bezpiecznie napić się warciańskiej wody. Na miejsce startu docieram razem z Achtomem, który ruszy na trasę prawie godzinę wcześniej (startujemy interwałowo co 1 minutę). Jest czas na rozmowy ze znajomymi, ocenę zawodników, ich rowerów i sposobu "zapakowania" wyposażenia. Przeważa modny ostatnio bikepacking. Są też tradycyjni sakwiarze. Niekórzy dodatkowy ekwipunek wiozą w plecaku. Jadą zawodnicy wyposażeni w namiot, przygotowani do spania na dziko pod wiatami oraz na lekko nastawieni na zorganizowany nocleg w kwaterach, agroturystykach czy hotelach.

W pogodzie jest źle ale nie tragicznie. Zamiast regularnego, spodziewanego jeszcze wczoraj deszczu, pojawia się mniej lub bardziej intensywna mżawka. Przy stosunkowo wysokiej temperaturze nie stanowi to poważnej przeszkody. Zakładam kurtkę p-deszcz i ochraniacze na kolana i jestem gotowy do startu.

Start - godz. 8:51. Przede mną na trasie znajduje się kilkudziesięciu zawodników, którzy wystartowali wcześniej. Już podczas przejazdu przez miasto mijam pierwszych z nich. Niektórzy wyraźnie gubią się na nieustannie zmieniającej kierunek trasie uliczkami Zawiercia. Mam szczęście, po wczorajszym rekonesansie nie muszę się zastanawiać, jadę prawie na pamięć. Wkrótce zgarniam poznanego na ubiegłorocznej trasie Wschodu Łukasza (nr 37). Kilkanaście pierwszych kilometrów przejedziemy razem.

Start - godz. 8:51


Wkrótce po minięciu Myszkowa zjeżdżamy z przeważających do tej pory asfaltów. Zgodnie z planem mijam kolejnych wolniej jadących zawodników. Na wyprzedzenie kolejnych trzeba będzie poczekać do momentu gdy po kilkudziesięciu kilometrach pojawią się sklepy.

Przede mną uczta dla oczu, rozciągające się niemal po horyzont wody sztucznego Jeziora Poraj. Kolejne kładki pozwalają sprawnie poruszać się wzdłuż jego brzegów. Na całej trasie maratonu przepustów, kładek, mostków czy mostów w poprzek Warty można naliczyć ponad 40. Jeżeli dodać do tego dopływy rzeki, ich ilość jeszcze wzrośnie. Powoli przez chmury zaczyna przedzierać się słońce. Opady kończą się, przynajmniej narazie, a kurtka staje zbędnym gadżetem.

Kolejny punkt na mojej maratonowej rozpisce to Częstochowa. Kiedy dojeżdżam do miasta dobrą passę przerywa kapeć w przednim kole. Dziesięć minut postoju to denerwujące zdarzenie ale w perspektywie kilkuset kilometrowej trasy to jedynie nieistotny szczegół. Podobnie jak inne większe miasta trasa poprowadzona wzdłuż rzeki omija miasto niemal nie zahaczając o nie. Skomplikowany węzeł komunikacyjny pokonuję sprawnie jadąc razem z innymi zawodnikami. Rachityczna pielgrzymka nie utrudnia opuszczenia miasta.

Tuż za Częstochową rozpoczyna się bardzo przyjemny odcinek trasy prowadzącej tuż obok rosnącej w siłę, zwiększającej swą szerokość rzeki. Na gruntowej drodze znajduje się wyjeżdżona/wydeptana wąziutka ścieżka. Ścieżka rządzi się swoimi prawami, zmieniając swój przebieg, prowadzi to jedną to drugą koleiną lub jej grzbietem. Rosnące wokół drzewa i krzaki skutecznie zasłaniają zachwalane przez Mario w opisie trasy wapienne ostańce.

Nadwarciański singiel


NIc nie trwa wiecznie. Przyjemny nadwarciański odcinek trasy kończy się. Mijam Mstów i zabudowania mniejszych miejscowości. Wyjeżdżam na ciągnące się aż po horyzont łąki. Długi odcinek "łąkowych" dróg używanych być może tylko kilka razy w roku. Miękkie pokryte przygniecioną przez rolniczy sprzęt trawą drogi dosłownie zasysają opony spowalniając jazdę. Sytuację pogarsza przeciwny, rozbujany na bezkresnych, bezdrzewnych łąkach wiatr.

Czuję się tak jakby ktoś z tyłu trzymał mnie za siodełko. Wysiłek wkładany w jazdę nie przekłada się na efekt w postaci szybkości poruszania się. Wlokę się z prędkością niewiele przekraczającą 10 km/godz. Rower można by poprowadzić kilkadziesiąt, no może kilkaset metrów. Tu trzeba będzie pokonać co najmniej kilka kilometrów. Zaciskam zęby i poruszając się z szybkością rowerowego ślimaka czekam aż koszmar skończy się. W kierunku organizatora rzucam słowa, których w życiu pozamaratonowym z reguły nie używam. Pomimo wielu czekających mnie jeszcze trudnościach, te łąki pozostaną najgorszym wspomnieniem jazdy wzdłuż Warty.

Nadwarciańskie łąki


Gowarzów [110 km trasy]. Wyczerpujący przejazd przez łąki, upał, uszczuplone zapasy wody to wystarczający powód by zatrzymać się przy znajdującym się tuż obok trasy sklepie. Sklepy na poprowadzonej wałami i jak najbliżej rzeki oraz bocznymi nieasfaltowymi drogami są obiektami nieczęsto spotykanymi. W kolejne świąteczne dni tylko niektóre z nich będą otwarte. Uzupełniam zapasy wody, a z lodówki trochę na chybił trafił sięgam po butelkę Tymbarka limonka z miętą. Że nie był to szczęśliwy wybór przekonam się niebawem.

Dotychczasowa jazda mocno nadwyręża moje siły. Dwukrotnie zatrzymuję się na kilkanaście minut by odpocząć w cieniu drzew. Nie wiem czy kwaskowaty napój jest bezpośrednią przyczyną czy tylko przyspiesza ten proces ale wkrótce zwracam zawartość żołądka. Nie jest dobrze. Sytuacja powtarza się po wypiciu wody.

Zatrzymuję się nad wykorzystywanym rekreacyjnie zbiornikiem wodnym w Jankowicach [130 km]. Jedyne co bezpiecznie mogę wypić to szklanka gorącej herbaty. Jeden z kolegów ratuje mnie dwiema białymi tabletkami. Justyna (nr 71) podaruje mi tabletki z elektrolitami. Dla bezpieczeństwa do końca dnia będę uzupełniał płyny jedynie małymi porcjami. Kilka razy zatrzymam się też, żeby "uspokoić" podrażniony żołądek. O jedzeniu czegokolwiek na razie muszę zapomnieć.

Nie ma bata, pomimo że nie czuję się najlepiej trzeba jechać dalej. Marzenia o walce o "zwycięstwo", o ukończenie maratonu w poniedziałkowy wieczór czy najlepsze miejsce na mecie ulotniły się. Teraz marzę o bardziej przyziemnych sprawach, o noclegu w cywilizowanych warunkach. Kiedy opuszczam lasy i łąki i przejeżdżam przez jakieś miejscowości rozglądam się za napisami agroturystyka, noclegi itp. Moje poszukiwania nie są zbyt intensywne i ograniczone do obserwacji mijanych domów więc i efekt zerowy.

Rzeczywisty efekt jest inny od spodziewanego. Kiedy mijam miejscowość Kule i w końcu spoglądam na ślad w Garminie, z przerażeniem również dostrzegam pustkę. Gdzie się podziała kolorowa linia wzdłuż której jechałem. Muszę mocno zmniejszyć dokładność wyświetlania mapy i odwrócić się do tyłu by stwierdzić, że linię po której powinienem jechać skręciła prawie 10 kilometrów wcześniej. Nie ma rady, skoro i tak nie ścigam się o "złote kalesony", to nie skorzystam z nasuwającego się skrótu ale przejadę trasę zgodnie z jej przebiegiem. Gdybym się ścigał, postąpiłbym dokładnie tak samo tylko wkurw byłby dużo większy. Po blisko godzinie wracam na trasę w miejscowości Orcuchy. Jest lepiej niż przypuszczałem, do prawidłowo pokonanej trasy dokładam na razie zaledwie 13 dodatkowych kilometrów.

Na przemian jadę przez lasy i obszary zabudowane. To nie są tereny intensywnie odwiedzane przez turystów więc i szansa na przypadkowe znalezienie noclegu niewielkie. Ostatni dzisiaj sklep w Raszynie nie jest mi nawet potrzebny. Przecież nie zużyłem zapasów jedzenia i picia, które mam od momentu kiedy odwiedziłem ostatni sklep. Wjeżdżam na teren Załęczańskiego Parku Krajobrazowego(ZPK). Zgodnie z przewidywaniami pojawiają się piaski. Jadę lub pcham rower. Ze zwisających nad drogą krzaków strząsam potoki wody. Nawet cieszę się, że nie byłem tu wcześniej (gdy padało). Z cyklu, zwiedzamy ciekawe miejsca, rozpoczynam podjazd/podejście drogą prowadzącą do położonych na wzgórzu jaskiń Rezerwatu Węże. Jedna z nich, o której jeden z uczestników wspominał jako potencjalne miejsce noclegu, znajduje się tuż obok drogi. Nie mam sprzętu (karimaty) by skorzystać z takiej miejscówki.

Nadwarciańskie piachy


Zjeżdżam do ostatniego, położonego w tej części Parku obok miejscowości Bobrowniki mostu nad Wartą. Mam cichą nadzieję na nocleg w znanych, położonych obok mostu wiatach. Zaskakuje widok kilkunastu namiotów i dwu rozpalonych obok wiat ognisk. Tę noc spędzi tu kilkadziesiąt osób. W takich warunkach nie ma tu dla mnie miejsca. Przecież w długi weekend mogłem się tego spodziewać. Kilka lat temu to my uczestnicy rajdu na orientację Bikeorient okupowaliśmy to miejsce nie dopuszczając osób postronnych.

Dalsza część przeprawy przez ZPK. Coraz bardziej mięsiste piachy. Jadę, a równie często prowadzę rower. Ślad skręca z nad Warty prosto na północ. Zaczyna się wspinaczka po bardzo stromym zboczu. Robię 3-4 kroki i zatrzymuję się by złapać oddech. Czyżbym miał tak się wdrapywać aż na szczyt. Ufff!!! Szybko mordęga kończy się kiedy docieram do prowadzącej z dołu nieco łagodniejszej ścieżki. Później dowiem się, że w ten sposób osiągnąłem Górę Świętej Genowefy górującej o niespełna 20 metrów nad nurtem rzeki. Nie chciałbym się tu znaleźć w środku upalnego dnia.

Nieoczekiwanie na drodze którą jadę pojawia się sylwetka znanego zwierza czyli borsuka. Oboje równie zdziwieni zatrzymujemy się na środku drogi. Schowany za intensywnym światłem czołówki, przez kilka sekund mogę popatrzeć na napotkanego osobnika z zaledwie kilku metrów.

Czas i na moją porcję deszczu. Mrzy, pada, leje. Pilnie potrzebuję miejsca gdzie będę mógł się schronić i gdzie będę mógł spędzić noc. Wiaty nieodłącznie kojarzą mi się z takim miejscem jak Parka Krajobrazowy. Nie tym razem. W środku lasu (tego lasu) z pewnością żadnego schronienia nie znajdę. Z niecierpliwością czekam na moment gdy dotrę do zakola rzeki i kierunek mojej jazdy zmieni się z zachodniego na północny i północno-wschodni. Na północnych obrzeżach Parku powinny pojawić się jakieś miejscowości i szansa na chroniący przed deszczem dach.

Pilnie rozglądam się wokół. Brak czołówki na kasku utrudnia zadanie. Las się kończy. Wjeżdżam do miejscowości Ogroble. Z boku włącza się silne światło i słyszę nawoływanie. Jeszcze nie wiem o co chodzi ale zatrzymuję się. Jestem uratowany. Jest niewidoczna z drogi wiata. Jest mój wybawca Jacek W. (nr 41), który dał znać o upragnionej miejscówce (której sam nie byłem w stanie dojrzeć.

Nadwarcianski hotel


Kołderka/materacyk/podszeczka


Duża wiata. Dwa duże stoły. W tak dobrych warunkach dawno podczas ultramaratonów nie nocowałem. Najczęściej bywa to wąska ławeczka na autobusowym przystanku. Rozkładam moje legowisko. Za wygodne łóżko posłuży mi drewniany stół. Za materac, wzięty specjalnie w tym celu polar. Przy panujących temperaturach, nawet w nocy nie przyda się jako ubranie. Za poduszkę będzie robił wypełniony ciuchami worek. W ostateczności mógłby to być nawet kask. Oczywiście kołderkę zastąpi mi śpiwór. Na kolację musi wystarczyć pół suchej bułki. W rytmie bębniącego o dach apartamentu zapadam w błogi sen z nadzieją, że jutro będzie dla mnie znacznie lepszym dniem. Główny lokator tego przybytku do spania wykorzystuje zawieszony nisko hamak. Nocna przerwa 23:39-6:12 (w tym rozkładanie i pakowanie, posiłek)). Dorobek mijającego dnia to 203,0 km (189,3 km trasy).

Po wczorajszych perturbacjach zdrowotnych zdecydowana większość zawodników jest już daleko z przodu. Z tyłu pozostało zaledwie kilku bikerów. Część z nich i tak się wycofa. Nie jest to miejsce zgodne z moimi oczekiwaniami i możliwościami. Nie przejmuję się przyczynami nie do końca zależnymi ode mnie. Od mety dzieli mnie jeszcze 600 km czyli ponad 2 dni jazdy. Jestem przekonany, że robiąc swoje, czyli jadąc konsekwentnie swoim tempem, dużą część jadących przede mną zawodników zdążę jeszcze wyprzedzić.

Sobota:
Dystans 203 km (189 km trasy)
Czas 15:09
Czas jazdy 12:21
Postoje 2:23
Prędkość śr. 16,4 km/godz.


Dzień drugi, niedziela - 14 sierpnia 2022 r. (Ogroble-Pyzdry)

Nudno


Pobudka. Zegarka nie muszę ustawiać. Wystarczy zegar biologiczny. Budzę się jak zwykle między 5 a 6 wraz z nastaniem świtu. Wewnętrzny głos woła "wstawaj, czas do pracy". Szybkie pakowanie. Wreszcie normalne śniadanie - bardziej obfite niż wieczorna kolacja. Trzeba się spieszyć. Przy panujących w dzień temperaturach warto wykorzystać poranny chłodek, by przejechać w takich warunkach jak najwięcej kilometrów.

Na początek porośnięte lasem wzgórza stromo opadające aż nad brzeg Warty. Jednym z głębokich wąwozów zjeżdżam nad rzekę. Wyjątkowa okazja przejazdu tuż obok płynącej wody. W krótkim czasie niewielka struga zamieniła się w potężną i obfitującą w wody rzekę. Oznaki suszy są doskonale widoczne jedynie w znacznie obniżonym poziomie wody w starorzeczach. Mijam uśpione w niedzielny poranek wioski Kamion, Krzeczów, Zmyślona. Powoli kończą się nieuzupełnione wieczorem zapasy wody. Tragedii jeszcze nie ma ale warto pomyśleć o uzupełnieniu zapasów płynów (do PIT-stopu nad Jeziorskiem z pewnością nie wystarczą). W niedzielę nie musi to być oczywiste zadanie. Gdzieś z boku pozostaje Osjaków, po drugiej stronie Warty położona jest Konopnica. Ostatnią nadzieją przed znajdującym się również obok trasy Sieradzem pozostaje Burzenin.

Kiedy rozmyślam o aprowizacji zaskakuje mnie widok mostu w budowie [(226 km]. Dopiero po chwili przypominam sobie o tej szykanie na trasie maratonu. Zjeżdżam bokiem w kierunku płytkiego brodu. Betonowe płyty zachęcają do pokonania go bez zsiadania z roweru. Przedstartowe ostrzeżenia o niebezpieczeństwie przypominam sobie dopiero gdy tracę równowagę na śliskim podłożu i taplam się w ciepłej wodzie niewielkiej rzeczki Oleśnicy. Jak to tak, przecież wcześniej planowałem pokonać przeszkodę prowadząc rower. Nie jest źle, jestem mokry ale sakwa wystaje ponad lustro wody. Zdjęcia czatującego na ofiary Łukasza (oficjalnego fotografa imprezy) bezcenne. Specjalnie bym tego nie powtórzył ale wyjątkowa pamiątka z zawodów wprawia mnie w dobry nastrój.


Robię rundkę po rynku w Burzeninie, gdzie właśnie dotarłem, w poszukiwaniu otwartego sklepu. Bezskutecznie. Zdeterminowany zaczepiam idącego ulicą menela (przepraszam tubylca). Sklep znajdujący się tuż obok powinien być otwarty o 10. Spoglądam na zegarek, mam szczęście, nie będę musiał długo czekać, do "złotej godziny" brakuje zaledwie 12 minut. Przed sklepem na jego otwarcie czeka już kilku spragnionych tubylców.

Bidony uzupełnione co oznacza, że nie będę musiał tego robić zjeżdżając z trasy na stację paliw w Sieradzu. Ruszam na długi na ponad 80 km odcinek trasy, ciągnący się aż do Uniejowa. Poznałem go w czasie Galantej Pętli jadąc w przeciwnym kierunku. Chociaż kierunek jazdy zmienił się o 180 stopni, to wiatr również dzisiaj będzie moim przeciwnikiem.


Równa szutrowa droga wzdłuż wału ułatwia jazdę. Mijam kolejne krówki "koszące" trawę na wale nad Jeziorskiem. Jedna ma mnie wyraźnie w du.szy. Miłe zaskoczenie, na PIT-stopie w Glinnie [278 km] obok wieży widokowej czekają państwo Niebelscy, łódzcy bohaterowie niedawno ukończonego ultramaratonu Wschód. Iza zajęła a nim pierwsze miejsce wśród kobiet. Piotr wśród mężczyzn był ósmy. Przyjemnie się rozmawia ale obowiązki wzywają. Ruszam w dalszą trasę.

Dalszy ciąg nadjeziornych wałów. W Pęczniewie zjeżdżam z wału i zatrzymuję się w poznanym wcześniej barze Sumex. Porcja gorącego żurku będzie jedynym takim posiłkiem na całej trasie. Rozpoczyna się jedyny w swoim rodzaju pofałdowany i poprzecinany wąwozami odcinek trasy wzdłuż Jeziorska. Gravel niespecjalnie sprawdza się w takim terenie.

Mijam tamę na Warcie w Jeziorsku [300 km trasy]. Tyle, co najmniej, trzeba by przejechać każdej doby, żeby dotrzeć do bramy (zamkniętego w nocy) Parku Narodowego Ujścia Warty i ukończyć maraton w ciągu niespełna 3 dni czyli w poniedziałek. Wygląda na to, że jestem spóźniony o ponad 5 godzin.


Przede mną ciągnące się w nieskończoność szutrowe drogi wzdłuż nadwarciańskich wałów. Oczywiście, że pomimo pojawiającego się gdzieniegdzie piachu jedzie się doskonale. To najbardziej przejezdny ale dla mnie najnudniejszy odcinek trasy, który będzie się ciągnął przez najbliższe 100 km. Kolejne zakręty wału. Rozległe widoki ciągnących się aż po horyzont pól i łąk. Z początku przyjemne dla oka wkrótce powszednieją. Bezludne tereny nie pozwalają poczuć pokonywanego dystansu i poznać odległości dzielącej mnie od kolejnej miejscowości. Zaskakuje widok wodowskazu położonego na skraju rozległych nadrzecznych pól. Widok sporadycznie rozlewających się na rozległą ograniczoną wałami dolinę musi robić niesamowite wrażenie.

Jak radzić sobie z niekończącą się drogą? Na ramie mam spis odległych o średnio 20-30 km punktów kontrolnych (obok tego na innej kartce mam też spis sklepów).

0 Zawiercie
. . .
315,4 Uniejów
345,3 Koło
375,8 Konin
itd.

Jadąc nigdy nie myślę o ostatecznym celu jakim jest położony przy ujściu Warty Kostrzyn. Każdorazowo jedynym celem jest najbliższa miejscowość.

Koło [345 km] - kolejny punkt rozpiski osiągnięty. Z analizy trasy zapamiętałem położoną tuż obok dużego ronda Galerię Alkoholi. To czas na kolejne tankowanie. Alkohole mnie nie interesują ale wszelkie inne płyny są tutaj również dostępne. Wśród znajdujących się w sklepie piw w oczy rzucają się te z kapslami brakującymi mi do kolekcji. Niestety nie wypiję tego na miejscu, a w sakwie to raczej brakuje już miejsce. Zbyt późno wpadam na pomysł by kupić piwa, zabrać kapsle a piwa podarować "okupującym" sklep rezydentom. Nieco dalej mijam położony na uboczu miasta zamek (ruiny zamku) w Kole. Rusztowania wskazują, że to zamek w budowie.

Woda, w upalny dzień to płyn bezcenny i szybko zużywający się. Okrążam rynek na prawobrzeżnym terenie Konina [376 km], bezskutecznie wypatrując otwartego sklepu. Wreszcie daję sobie spokój i jadę dalej. Wodą ze szlaufa poratuje mnie kobieta podlewająca swój ogródek w miejscowości położonej kilka kilometrów dalej. Walory smakowe wody nie są zachwycające ale to ostatnia okazja na uzupełnienie bidonu przed nocą a każda woda może się przydać.

Co dalej? Cytując opis trasy organizatora:
Kilkanaście kilometrów za Koninem wjedziecie do Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego z początku "gościnnego" dla rowerzystów, jednak za 410 kilometrem rozpocznie się dla wielu z Was nierówna walka z mało sprzyjającym podłożem.

Po przejechaniu rowerem (tak, dało się to zrobić) pierwszego przyjaznego odcinka NPK, zatrzymuję się pod znajdującą się obok ruchliwej drogi wiatą. To 410 km trasy. Hałas przejeżdżających TIRów nie jest zachęcający do pozostania w tym miejscu ani chwili dłużej, wczesna godzina (22:00) też nie zachęca do odpoczynku. Nie ma, że boli. Nie ma, że czeka na mnie morze piachów. Jadę dalej. Przede mną NPK - perełka w koronie nadwarciańskiej trasy.


Nadwarciański Park Krajobrazowy [410-428 km]


Piaszczysta droga przez łąki. Miejscami piachy udaje się ominąć jadąc bokiem, miejscami trzeba pchać lub ciągnąć rower przez drogową piaskownicę. Prędkość nieustannie oscyluje: wzrasta do kilkunastu km/godz. gdy udaje się wsiąść na rower i spada do ok.4 km/godz. gdy pcham rower. Może jednak nie było aż tak źle. Kiedy spojrzycie na załączoną mapkę, odcinki piesze (kolor czerwony) nie przekraczały 30%. Kolor żółty i zielony (co najmniej 15 km/godz) to jazda rowerem. Kiedy trasa "wchodzi" na trochę lepiej przejezdny wał wydaje się, że koszmar się skończył.

Dobrze napisałem "wydaje się". Ścieżkę na wale zastępuje przypominająca dziurkowane płyty "droga". Niestety to nie betonowe płyty a ubijana przez ciężki sprzęt ziemia. Tędy absolutnie nie da się jechać. Właśnie znalazłem się na placu budowy/remontu przeciwpowodziowej konstrukcji. Zsuwam się do podnóża wysokiego wału. Piach, wąskie ubite kołami koleiny. Każda próba jazdy prędzej lub później kończą się tak samo. Prowadzę rower i wypatruję końca "wału w budowie". Jeszcze kilka kilometrów piaszczystego lasu i opuszczam nieprzyjazny Nadwarciański Park.

Most na Warcie i znajdujące się po drugiej stronie rzeki miasteczko Pyzdry. Miejskie tereny rekreacyjne nad rzeką. Z oddali widzę to, co jest mi w tej chwili najbardziej pożądane, porządną drewnianą wiatę. Śmietnik jaki tu zastaję może świadczyć o imprezie jaka miała tu miejsce jeszcze przed północą. Rozkładam się na jednym z dwóch szerokich stołów.

Nocna przerwa 00:45-5:44. Dorobek mijającego kończącego się już po północy dnia to 242 km. W klasyfikacji przesunąłem się z końca znacznie bliżej środka stawki.

Niedziela:
Dystans 235,2 km
Czas jazdy 14:15
Postoje 9:45
Prędkość śr. 16,3 km/godz.

Całość:
dystans: 438,2 km (422,3)
Czas jazdy 26:36
Postoje 12:33
Prędkość śr. 16,4 km/godz.


Dzień trzeci, poniedziałek - 15 sierpnia 2022 r. (Pyzdry-Obrzycko)

Upalnie


Jakiś szelest przerywa ciszę nocną. Czujnie otwieram oczy. Swój zwyczajowy poranny obchód (jeszcze przed świtem) rozpoczął miejscowy menel. Przeszukuje podłoże w poszukiwaniu petów. Robi kipisz w wypełnionym po brzegi koszu. Nieswojo czuję się kiedy przeszukuje przestrzeń pod moim stołem. Zdawkowo odpowiadam na próbę nawiązania kontaktu. Wreszcie poranny gość idzie na dalsze poszukiwania a ja łapię przed nastaniem dnia ostatnią godzinę snu.

Po piachach NPK każda trasa wydaje się lekka, łatwa i przyjemna. Na przemian, asfalty, szutry czy mniej lub bardziej sprzyjające ścieżki po wałach. Dla urozmaicenia, gruntowe drogi prowadzące nad Wartę i wzdłuż tej rzeki użytkowane sporadycznie przez rolników, a znacznie częściej przez łowiących w rzece, starorzeczach wędkarzy.

Gdzieś z boku mijam wieś Solec. Po starym bo XIX wiecznym żelaznym moście przejeżdżam na południową stronę Warty. Wszystko co dobre kończy się. Podczas jazdy po wałach zaczynam mieć problem z napędem. Po chwili odnajduję przyczynę - rozpinający się łańcuch. Ponieważ to drugi taki przypadek podczas mojej ponad 20 letniej kariery, więc o jakimkolwiek zestawie naprawczym nigdy nie pomyślałem. Zresztą i tak moja umiejętność naprawy roweru na trasie ogranicza się do wymiany przebitej dętki.

Na liczniku 485 km [468 km trasy]. Do mety zostały jeszcze prawie 350 km. Jeżeli nie doczekam się na pomoc i umiejętności dobrych ludzi czeka mnie wycof i doczłapanie się do linii kolejowej przechodzącej przez most który minąłem kilkanaście minut wcześniej. Żona sprawdza, że potencjalnie "dobrzy ludzie" czyli pierwsi jadący za mną zawodnicy znajdują się ok. 30 minut z tyłu. Sądząc z miejsca w którym się znajdują (Solec) zjechali z trasy by uzupełnić zapasy wody.


Tymczasem prowadzę rower przez kilkaset metrów, by schronić się przed palącymi pomimo wczesnej pory (8:30) promieniami słońca. Wykorzystując czas spędzony w oczekiwaniu na pomoc na spokojnie spożywam obfite II śniadanie. Pomoc nadchodzi i nie daje się długo prosić. Mariusz (nr 47) użycza najbardziej pasującą do mojego 9-rzędowego napędu, spinkę z 10-tki. Sławek (nr 48) podejmuje się naprawy. Widząc, że nie jest to tak prosta sprawa, jestem przekonany, że sam nawet dobrze wyposażony bym sobie nie poradził. Dzięki. Moja wdzięczność nie ma granic. Na dobrych ludzi zawsze można liczyć. Jest dobrze, mam sprawny rower a naprawa razem z oczekiwaniem na pomoc zajęła niewiele ponad godzinę.

Przy okazji przymusowego niejako spotkania odzyskuję kurtkę, która wypadła spod klapy sakwy podczas nocnego odcinka przed Pyzdrami. Koledzy z Gdyni podobnie jak ja, jadą na ostatnich łykach wody (w Solcu sklepu nie znaleźli). Chcę nawet wyciągnąć z sakwy, ostatnią półlitrówkę - żelazny zapas wody wożony od startu na takie właśnie awaryjne sytuacje. Wałem, którym mamy jechać dalej nadjeżdża samochód.

- Ma Pan wodę?
- Wodą zawsze trzeba się dzielić.

Pojawia się plastikowy karnister z którego uzupełniamy bidony. Pan ostrzega, że woda to "kranówka". Nic nie szkodzi, gdyby minęła jeszcze godzina, zdatną do picia okazałaby się woda z Warty.

Kolejny odcinek trasy bardzo podobny jak ten dotychczasowy z Pyzdr - wały, gruntowe drogi nad Wartą. Wkrótce kolejny punkt na mapie, zachwalane przez Mario (pełne wygód i Waszych potrzeb) miasto Śrem. Pizzeria, otwarty sklep, stacja BP. Pewnie rozglądając się po mieście można znaleźć znacznie więcej. Uzupełniam zapasy na stacji. Kiedy stacja zapełnia się kolejnymi rowerami, to dla mnie dobry bodziec do tego żeby jechać dalej. Duch rywalizacji zwycięża, jeżeli nie minimalizując postoje (tu 10 minut wystarcza), to w jaki inny sposób mam walczyć z szybciej jadącymi zawodnikami.

Nadchodzą najgorętsze okołopołudniowe godziny, a ja jadę gruntową drogą pomiędzy rozległymi polami. Jak to na takich drogach bywa miejscami pojawiają się mięsiste piaskownice. O dających cień drzewach chwilowo muszę zapomnieć. Atrakcją tego miejsca są monumentalnej wielkości uschnięte dęby. Nie sprawdzam czy martwe olbrzymy oznaczone są tabliczkami "pomnik przyrody nieożywionej". Nie mam nawet siły by wyciągnąć aparat i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Z uporem osła chcę jak najszybciej opuścić to nieprzyjazne dzisiaj miejsce. Przy panujących temperaturach, pojawiający się rzadki las w niewielkim stopniu łagodzi związane z upałem dolegliwości.


Wjazd do Wielkopolskiego Parku Narodowego oznacza, że szybko zbliżam się do Poznania. Pomimo popołudniowego upału, to będzie jeden z najbardziej przyjemnych odcinków trasy. Zwarty baldachim drzew rozpościerający się nade mną. Szerokie i z reguły twarde leśne drogi. Wystarczy pochylić się na lemondce i mocno nacisnąć na pedały. Z momentu na moment spotykam coraz większą ilość rowerzystów (tam musi być jakaś cywilizacja). Drogi poprzez pojawiające się piachy też nieco tracą na swojej przejezdności.

Na koniec leśnego przejazdu nieoczekiwanie widzę gościa z długim obiektywem. Kolejny fotograf i kolejna fotka? Nie, to nie tylko fotograf. Pan wyciąga z samochodu butlę z wodą. Nieśmiało podstawiam jeden z pustych bidonów. Po zapewnieniach, że wody jest dużo i nie zabraknie dla nikogo mam już dwa litrowe bidonu pełne wody. W tej sytuacji opowieści gdzie napotkam najbliższą stację nie są mi już potrzebne. Przez najbliższe godziny nie będę już musiał się zatrzymywać. Spontaniczny punkt wsparcia czy może pomoc ze strony Wielkopolskiego Parku Narodowego?

Opuszczam WPK. Przedmieścia Poznania. Nadwarciańskie bulwary. Szeroka rowerowa Wartostrada doprowadza mnie do mostu pozwalającego się przeprawić na Ostrów Tumski. Obowiązkowym punktem trasy jest objazd murów znajdującego się tam kościoła. Tylko chwilę zastanawiam się nad posiłkiem w jednej ze znajdujących się w okolicy pizzeri. Chyba taka fanaberia to jednak niepotrzebna strata czasu.

Dalsza część nadrzecznego bulwaru wyprowadza mnie na mniej przyjazną rowerzystom część trasy. Singiel wzdłuż Warty. Ścieżka to wznosi się to opada. Pojawiają się nieprzejezdne łachy piachu i dające się mniej lub bardziej sprawnie ominąć powalone drzewa. Czy to jest jak twierdzi budowniczy trasy urokliwy singiel wzdłuż Warty?. Polemizowałbym. Na świeżo do przejechania ale ja już raczej świeży nie jestem. W nogach mam prawie 600 km.


Zjeżdżam nad rzekę na szybki posiłek. Tuż po mnie trafia w to samo miejsce międzynarodowa (polsko-ukraińska) grupa młodzieży. Zaskoczeni, że miejsce które wybrali na imprezę integracyjną jest już zajęte, zastygają w bezruchu robiąc wielkie zdziwione oczy Przypominają mi reakcję napotkanego ubiegłej nocy borsuka. Uspokojeni zapewnieniem, że ja za chwilę się zbieram, zajmują miejsce kilkanaście metrów dalej.

Czekam z niecierpliwością kiedy nieprzyjemny dla mnie singiel się skończy. Pamiętam, że w końcu powinienem wyjechać na asfaltową drogę i jak dobrze pójdzie trafić na otwarty sklep. Jest asfalt i otwarta Żabka. Zakupy, posiłek. Pomimo ekstremalnych warunków żołądek przestał się buntować. Odrobina asfaltu dobrze robi na rozprostowanie kości. Po nieprzyjemnej ścieżce nad rzeką nawet piaszczyste leśne drogi przestają być straszne.

Drogi poprawiają się. Asfalty przeplatają się z prowadzącymi przez las duktami. Mijam uliczki Obornik i z niepokojem zaczynam spoglądać na gęstniejące na południu ciemne chmury. Wkrótce usłyszę pierwsze dalekie grzmoty. Niegroźnie wyglądające chmury widoczne były na horyzoncie przez większą część dnia. Teraz zaczynają się zbliżać zajmując coraz większą część nieboskłonu. Przyśpieszam. Jadąc w kierunku pogodowego okienka i bezchmurnego nieba mam nadzieję, że jednak uda się umknąć.

W oddali widzę górującą nad linią lasu wieżę nielegalnej budowli (zamku w Stobnicy). Wydają się o wiele przewyższać wieżę w Licheniu. Mijam niezachęcające do zatrzymania się autobusowe wiaty z wyprofilowanymi plastikowymi "krzesełkami". Jakby się uprzeć to, śpiąc na boku może bym się wpasował? W myślach przymierzam się. Biodro w jednym zagłębieniu, ramię w kolejnym. Jak się to ma do proporcji mojego ciała, nie będę miał okazji sprawdzić. Mam nadzieję, że lepsze schronienie znajdę dojeżdżając do Wronek.

Ucieczka przed burzą i intensywnym deszczem kończy się przedwczesnym niepowodzeniem. Pierwsze ciepłe krople deszczu dopadają mnie kiedy jadę przez las otaczający Obrzycko od wschodu. Czas na nocleg. Za chwilę może rozpętać się pogodowy armagedon. Objeżdżam niewielki ryneczek. Gdzie jest jakiekolwiek zadaszone miejsce w którym mógłbym się schronić. Oni tu nawet porządnego przystanku autobusowego nie mają. Tuż za mną do miasteczka dociera Marek (nr 42) wielokrotnie wcześniej spotykany na trasie.

Samodzielne poszukiwanie wiaty w dość rozległej miejscowości nie wydaje się najskuteczniejszą metodą. Mam lepszy pomysł. Najlepiej poradzić się tubylców. Wskazuję dwie panie spacerujące z psem. Realizację pomysłu zostawiam mojemu koledze. Z potoku słów i instrukcji dotarcia do wiaty jakie wypływają z ust młodszej spacerowiczki wychwytuję kilka najważniejszych wskazówek. Na skrzyżowaniu ze światłami w lewo, Dino. Stąd silnie oświetlona wiata widoczna jest już z daleka. Spodziewałem się rachitycznej autobusowej wiaty podobnej do tych spotkanych wcześniej. Jest porządna drewniana rowerowa wiata. Dokładnie taka sama jak te, w których spędziłem ubiegłe dwie noce. Mocne antymenelowe oświetlenie mające zniechęcić i uchronić przybytek przed imprezującą młodzieżą lub przed amatorami noclegu znika w momencie gdy zamykam oczy.

Nad miasto nasuwają się ciemne chmury. Zaczyna intensywnie padać. Mam wrażenie, że błyskawice i następujące natychmiast po nich grzmoty pojawiają się dokładnie nad wiatą. Zapadam w zasłużony sen. Na sąsiednim stole to samo czyni mój współlokator.

Tym razem nocna przerwa wydłuża się 21:35-5:21. Dorobek mijającego dnia to zaledwie 193 km. W ciągu dnia przesuwam się o kolejne kilka pozycji do przodu. 20 miejsce oznacza, że jestem w połowie stawki.

Poniedziałek:
Dystans 193,3 km
Czas jazdy 13:13
Postoje 10:47
Prędkość śr. 14,9 km/godz.

Całość:
Dystans 631,5 km (611)
Czas jazdy 39:49
Postoje 23:20
Prędkość śr. 16,0 km/godz.


Dzień czwarty, wtorek - 16 sierpnia 2022 r. (Obrzycko-Kostrzyn)

Przyjemnie


Burze i opady szybko kończą się. Budzę się kilkakrotnie w nocy ale nic nie jest w stanie zmusić mnie do wcześniejszego wyruszenia na trasę. Kiedy rozwidnia się, nie mam wyjścia. Niechętnie wstaję, pakuję się, jem śniadanie i wsiadam na rower.

Obrzycko to 610 km trasy. Do mety pozostało zatem 200 km. Do bram zamykanego o godz. 20 Parku Narodowego 160 km. Wydaje się, że dzisiaj zdążę zameldować się na mecie. Pewności jednak nie ma. Dzisiejszego dnia będę skrupulatnie odliczał od tyłu kilometry dzielące mnie od celu: 180, 150, 100, 70 ...

Najprzyjemniejszy poranek. Ciepło a jednak rześko. Po początkowej niechęci do dalszej jazdy rozpiera mnie energia. W nogach czuję power. Co to nadmiar snu może zrobić z człowieka. Tak dobrze nie czułem się od początku imprezy. Poczucie siły wzmacniają asfalty, szutry i ubite wieczorną ulewą, a jeszcze wczoraj nieprzejezdne piaszczyste leśne i nadwarciańskie drogi. Jedyny raz pojawia się rozlewająca się na całą szerokość drogi kałuża. Przyjemność jazdy wzmacnia widok na rozpościerające się nad doliną Warty urokliwe mgły.


Nadreprezentatywna obecność asfaltowych dróg. Żeby nam się w głowach nie poprzewracało i żeby przypomnieć, że to terenowy, a nie szosowy maraton, Mario przy każdej nadarzającej się okazji przerywa tę idyllę i zsyła nas na gruntowe drogi nad Wartę.

Słońce wznosi się niezauważalnie wysysając resztki wilgoci ze zmoczonych nocą piachów. Na drodze wzdłuż nadwarciańskich wałów zaczynam spotykać niewielkie łachy sypkiego piachu. Temperatura stopniowo wzrasta. Zużycie wody rośnie. Wreszcie sięgam do sakwy po nienaruszalny do tej pory żelazny zapas wody. Jeżeli kolejny "punkt kontrolny" Skwierzyna, okaże się pozbawioną otwartych sklepów wioską, pozbawiony wody znajdę się w nieprzyjemnej sytuacji.

Chwila niepewności mija - Skwierzyna - to dość duże lubuskie miasteczko [702 km]. Do mety pozostało tylko/aż 110 km, do bram Parku 70 km. Świąteczne dni szczęśliwie się zakończyły. W punktach zaopatrzeniowych mogę przebierać. Zawieruszony gdzieś klucz do rowerowego zapięcia powoduje, że rezygnuję z widocznego z oddali Lidla. Przed mniejszym sklepem mój rower będzie bezpieczniejszy. Ostatnie poważne zakupy: 3 litry wody wysokozmineralizowanej, 2 półlitrowe butelki płynów ze znanych międzynarodowych koncernów, dwie wielkie bułki drożdżowe z makiem, kilka bułek i słoiczek smalcu z mięsem.

Litr płynów wypijam na miejscu. Pozostałe 3 litry powinny wystarczyć na pokonanie dystansu dzielącego mnie od mety. W "normalnych" warunkach 1 litr płynów wystarcza na 100 km trasy ale dzisiaj warunki normalne nie są. Słodkie bułki zjem w czasie jazdy, niewielki posiłek podczas skróconego do minimum postoju w Santoku (20 km dalej). Kilkunastominutowy postój przed sklepem w Skwierzynie jest jedynym dłuższym postojem dzisiejszego dnia.

Komfort jazdy wzmacnia fakt że dzisiaj jadę, tak jak lubię najbardziej, zupełnie sam. Nikogo nie spotykam, nikt mnie nie wyprzedza, z nikim nie muszę się nawet mimowolnie ścigać. Jadę własnym tempem bez żadnej świadomości o sytuacji na trasie wokół mnie. Nie wiem i nie chcę wiedzieć kto jest przed a kto za mną i w jakiej odległości.

Przyjemności jazdy nie zakłóca brukowana droga za miejscowością o intrygującej nazwie Murzynowo. Niedogodność tej nawierzchni można zniwelować jadąc cienkim pasem pobocza. Od Santoka do Gorzowa jadę poznaną podczas zaliczania okolicznych gmin asfaltową drogą. Będę się powtarzał pisząc, że wszystko co przyjemne kiedyś może się skończyć. I kończy się.


Wieprzyce, najbardziej na zachód wysunięta dzielnica Gorzowa [740 km]. Do mety pozostało zaledwie 70 km, do granic dużo mniej bo 30 km. Tu rzeka zawraca na południe. Po kilkunastu kilometrów asfaltowych dróg wjeżdżam na nadwarciański wał. Prowizorka. Wystające ponad poziom gruntu betonowe obrzeża wskazują, że powinna tu powstać asfaltowa lub szutrowa droga (a może rowerowa ścieżka). Pierwsza, składająca się z lekko ubitego gruzu warstwa utrudnia płynną jazdę. Sytuacji nie poprawia przeciwny silny południowy wiatr. Na tym odcinku wymija mnie (wreszcie) mój współlokator z Obrzycka. Chyba chce pokazać, że w przeciwieństwie do mnie, umie szybko jeździć, bo po chwili znika za zakrętem wału. Gdyby jechał tak przez cały czas, powinien walczyć o zwycięstwo z najlepszymi.

Prowizoryczna "nibydroga" kończy się. Trudności nie kończą się. Jadę ścieżką pokrytą kępkami trawy i pojawiającym się okazjonalnie piaskiemi. Temperatura wzrasta do granic wytrzymałości. Rzeka i nadrzeczny wał zakręca na zachód. Boczne, gorące podmuchy wiatru przestają chłodzić. Chociaż od mety (i granic Parku) dzieli mnie coraz mniej kilometrów, to ta odległość zmniejsza się dużo wolniej od moich oczekiwań. Pomocne wcześniej punkty kontrolne przestają spełniać swoją motywującą rolę.

Świerkocin [763 km]. Z nadzieją wlokę się do znajdujących się kilka kilometrów dalej granic Parku Narodowego "Ujście Warty". Nie wiem dlaczego wyobrażałem sobie, że obszar Parku porośnięty jest gęstym, dającym cień lasem. Granica Parku to przecież tylko linia na mapie. Mijam prowizoryczną bramę i nic się nie zmienia, w dalszym ciągu będę jechał nadwarciańskim, zdającym się nie mieć końca wałem przeciwpowodziowym. Piekące, padające prostopadle słońce, dosłownie parzy w ręce. Założenie koszuli z długim rękawem dodatkowo zaburzyłoby komfort cieplny. Zawodnik, który dotrze na metę kilka godzin później odczyta na termometrze 36 stopni. Korzystam z każdej z okazji, by co kilkaset metrów czy kilka kilometrów zatrzymać się na krótką chwilę w cieniu rosnących u podnóża wału wierzb.

Kilkanaście kilometrów przez PNUW kończy piekielnie upalny odcinek trasy. Razem z nadjeżdżającymi z tyłu Radkiem (nr 73) i Sebastianem (nr 74) wjeżdżamy na przedmieścia położonego nad Wartą Kostrzyna - celu naszej wyrypy. Razem ze spotkanymi bikerami zatrzymuję się na nieplanowany wcześniej postój przed sklepem. Butelka schłodzonego napoju pomoże pokonać ostatni 20 kilometrowy rajd uliczkami miasta. Ponieważ, przy silnym słońcu miałbym problemy z szybką nawigacją na ulicach miasta, wpraszam się do wspólnego pokonania ostatnich kilometrów.


Wkrótce dojeżdżamy do miejsca w którym dalej jechać już się nie da. Tu Warta łączy się z Odrą. Z rozczarowaniem rozglądam się za spływającymi nurtem rzeki martwymi rybami. Czuć tylko bijący od rzeki (Odry) specyficzny rybi zapach. Warta wydawała się przez cały czas, jak również w tym miejscu rzeką krystalicznie czystą. Pamiątkowe fotki na najdalszym, wysuniętym na północ cyplu. Ponowny przejazd, tym razem przez przemysłowe tereny miasta by obejrzeć tabliczkę z zerowym kilometrem rzeki. Chyba już nikt z nas nie ma ochoty by zobaczyć tę atrakcję. Mocno "pokręcona" końcówka trasy kończy się. Po 4 dniach jazdy wzdłuż przepływającej przez 4 województwa rzeki meldujemy się na mecie. Meta - godz. 18:01 Za mną najkrótszy ale najbardziej intensywny dzień jazdy. Od czasu startu w Obrzycku minęło 12 godz. 38 min. (czas jazdy 11:14, śr. 18,1 km/godz.)

Wtorek:
Dystans 203,5 km
Czas 18:01
Czas jazdy 11:14
Postoje 6:47
Prędkość śr. 18,1 km/godz.

Statystyka maratonu:
Dystans z licznika 834,8 km
Dystans maratonu 810,3
Dziennie śr. 258,3 km
Czas trasy 81:10
Czas jazdy 51:03
Postoje 30:07
Prędkość śr. 16,4 km/godz.
Miejsce 18 (z 40)



Zakończenie


Wkrótce negatywne odczucia towarzyszące mi na znacznej część trasy NIGDY WIĘCEJ, nikt mnie nie namówi na powrót na tę trasę, szybko zmieniają się na na ciche MOŻE JEDNAK. Urok Warty zaczyna czynić cuda. Wisła królowa polskich rzek ze swoimi atrakcjami pozostaje daleko z tyłu. Tutaj mamy trasę Wisły1200 skondensowaną w pigułce, mniej nudnych przelotów wzdłuż wałów, mniej asfaltów, dużo, dużo więcej piachów (ocieplenie klimatu daje o sobie znać), porośnięte trawą wały i łąki. Polecam tę trasę dla twardzieli. Miękiszony również powinni się zmieścić w ponad 5 dniowym (130 godz.) limicie. Planując przyszłoroczne starty zarezerwujcie sobie w kalendarzu odpowiedni termin - drugą połowę sierpnia. WARTO NAD WARTĘ!

FOTORELACJA


T R A S A


Monitoring (replay)



Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 10
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót