.

Pomorska500 - 2026

Szczecin-Sopot, 4-6.06.2026r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Lekko, łatwo i przyjemnie. Tak wygląda coraz większa ilość grawelowych maratonów rowerowych. Klient rządzi, a organizatorzy prześcigają się "łatwością" trasy żeby klienta na kolejnej edycji nie stracić. Często następuje też rezygnacja z długich dystansów (np. Robinsonada). Na szczęście wśród dziesiątków zawodów są takie perełki jak Pomorska500. Z pełną premedytacją konsekwencji wybieram udział w tym właśnie ultramaratonie, na którym te zasady nie obowiązują. Nie będę swoją decyzją rozczarowany, było lepiej/gorzej (niepotrzebne skreślić) niż oczekiwałem.



Dzień pierwszy:
Szczecin-Czarne Wielkie - 244 km, 16 godz. 45 min.

Start godz.9. Charakter początkowego odcinka trasy (przejazd przez wzniesienia Puszczy Bukowej) sprawia, że organizator może zrezygnować z wymuszonego wcześniej pandemią podziału na grupy startowe. Już pierwszy podjazd dokonuje wstępnej selekcji. Biorąc przykład z zawodnika, który zrobił to pierwszy, zsiadam z roweru i wpycham rower na szczyt "podjazdu". Siły które bym stracił już na początku, z pewnością przydadzą się na dalszych odcinkach trasy. Zjazd, kolejne podjazdy. Kiedy opuszczam lasy Puszczy Bukowej stawka jest na tyle rozerwana, że z przodu widzę 1-2 zawodników, z tyłu też jest podobnie.

Przede mną długie polne drogi przeplatające się z odcinkami asfaltowymi. Deszcz padający w dniu poprzedzającym start utwardził i umożliwił sprawne pokonanie niegroźnych piaszczystych fragmentów gruntowych dróg. Jedynym przeciwnikiem, na niemal płaskiej na początkowym jej odcinku trasie, jest silny często przeciwny wiatr. Pierwszego dnia, kiedy jestem jeszcze pełen sił, wiatr nie jest przeciwnikiem nie do pokonania.

Pierwsze większe miasteczko Barlinek [80 km, godz. 13:35]. Kwiaty leżące na asfalcie to jedyny ślad po kościelnej procesji w ciągu całego dzisiejszego dnia. Podczas pierwszej edycji Pomorskiej, bliskich spotkań pierwszego stopnia i związanych z tym szykan było więcej.

Silny wiatr i wysoka jak na początek czerwca temperatura sprawiają, że o twardych, zbitych przez deszcz piachach szybko mogę zapomnieć. Pierwszy piaszczysty podjazd pojawia się w lasach chwilę [81 km, godz.13:40] po opuszczeniu miasta. W mięsistych piachach widać ślady zarówno tych którzy wzniesienie zdobywali rowerem ale również odciśnięte w piachu rowerowe buty. Kiedy czołowi zawodnicy pojawili się w tym miejscu, utwardzony piasek zapewne nie stawiał tak dużego oporu. Żeby tu wjechać potrzeba zarówno szerokich opon, miękkich przełożeń jak i mocnej łydy. Ponieważ nie spełniam żadnego z powyższych warunków, dołączam do grupy "piechurów". Wpychanie roweru w słońcu i po miękkim piachu mocno daje się we znaki i kilkukrotnie zatrzymuję się, żeby uspokoić oddech. Dalej robi się płasko ale wcale nie jest lepiej. Piaski raz po raz uniemożliwiają jazdę.

Pofałdowany teren, charakterystyczny dla tego obszaru, często z poboczami dróg porośniętymi starymi drzewami, pomiędzy ciągnącymi się aż po horyzont polami. Drogi przez łąki i bezdroża gdzie jedyną ścieżką jest ta odgnieciona w trawie przez zawodników którzy przejechali wcześniej. Całość w scenerii fantastycznych widoków, które próbują wynagrodzić poniesione trudy.

Zieleniewo [117 km, godz. 16:20]. Obok wiejskiej drogi/ulicy widzę samochód i leżący obok niego rower. Czyżbym nakrył zawodnika na niedozwolonym na imprezie wsparciu. Delikwent siedzi przy stoliku przed wiejskim domkiem. No nie, bez paranoi, wytłumaczenie wydaje się proste - poprosił o wodę i został zaproszony by wypoczął w cieniu drzew.

Skręcam w boczną uliczkę tej samej miejscowości. Zaczepia mnie kobieta z dwójką kilkuletnich chłopców z pytaniem czy nie potrzebuję wody. Chociaż o tym nie pomyślałem to w jednym z 3 litrowych bidonów jakie zabrałem na trasę pozostało niewiele ponad pół litra płynu. Do Drawska Pomorskiego, jedynego miejsca w którym prawdopodobnie znajdę jakiś otwarty sklep a z pewnością otwarty 24h Orlen mam prawie 70 km, więc chętnie nadstawiam jeden z pustych bidonów. Dziękuję kiedy jest napełniony mniej więcej w 3/4 objętości. Być może ta woda przyda się kolejnemu podobnie jak ja spragnionemu bikerowi. Wkrótce przekonam się, że tak właśnie było. Zawodnik, który dogania mnie kilka kilometrów dalej potwierdza, że korzysta z wody której użyczyli mu spotkani przeze mnie chłopcy.

Świąteczny czwartek. Przez większość czasu jedziemy przez odludne tereny, w których znalezienie sklepu graniczy z cudem. Jeszcze mniej prawdopodobne jest spotkanie miejsca, w którym taki sklep były otwarty. Taki cud zdarza się godzinę później w wiosce Lubieniów [134 km, godz. 17:20]. Widok opustoszałych półek potwierdza, że "nasi" już tu byli. W mocno przetrzebionej ofercie brakuje preferowanej przeze mnie Muszynianki (podobnie będzie w innych odwiedzanych sklepach). Uzupełniam bidony inną wodą, wypijam jakiś słodki napój na miejscu i ze spokojem o przyszłość mogę ruszać dalej.

W prognozach pogody od kilku godzin spodziewane są burze. Od dłuższego czasu jadąc skrajem poligonu drawskiego uciekam, wydawałoby się skutecznie, przed nadciągającymi z zachodu ciemnymi chmurami. Gdzieś w oddali słychać potężne grzmoty. Przejeżdżając przez Studnicę [166 km, godz.19:10] spoglądam na dwie wiaty stara/nowa nawet nie myśląc jak bardzo wkrótce by się przydały.

Mijam miejscowości i kilkaset metrów dalej na porośniętej drzewami drodze nad jeziorem zupełnie bez ostrzeżenia "eksploduje" gradowa chmura (a może szczęśliwie znalazłem się jedynie na jej skraju). Silny trzask wyładowania atmosferycznego rozlega się niemal nad moją głową i rozpoczyna się pogodowy armagedon. Pojawia się silny wiatr, powietrze spowija lekka mgiełka. Po chwili z góry leją się już strumienie wody z lodowymi grudkami.

Nawałnica trwała może 5-7 minut. To czas niewystarczający żeby osłonić się przed deszczem, a jednocześnie wystarczająco długi by zostać dokumentnie przemoczonym. Koleinami gruntowej drogi płynie rzeka. W zagłębieniach tworzą się wielkie kałuże. Burza przeszła szerokim pasem więc podobnie będą wyglądały tereny leśne przez co najmniej najbliższe kilkanaście kilometrów. Na szczęście intensywne opady skończyły się natychmiast po przejściu burzowego frontu.

Skoro przestało padać nie ma najmniejszego powodu by tkwić pod ociekającymi wodą drzewami. Ostrożnie ruszam do przodu omijając, o ile się da, większe pokłady wody. Ciepły deszcz jeszcze nikomu nie zaszkodził. Przy panującej stosunkowo wysokiej temperaturze i prześwitującym przez chmury słońcu, przemoknięta odzież najszybciej schnie na ciele podczas jazdy.



Kiedy po kilkunastu kilometrach dojadę do Drawska Pomorskiego [182 km, godz.20:35] będę już prawie zupełnie suchy. Nie mam czasu by rozejrzeć się za jakimś normalnym sklepem, więc podjeżdżam pod Orlen. Szybkie tankowanie i mogę ruszać dalej.

Opuszczając Drawsko myślę o tym, żeby minąć przygotowany przez strażaków ochotników punkt wsparcia w OSP w miejscowości Czarne Wielkie i zakończyć pierwszy dzień jazdy kilkadziesiąt kilometrów dalej. Wydaje się, że przejazd do odległego o 60 km Czarnego nie powinno zająć zbyt dużo czasu. Powinienem tamtędy przejeżdżać około północy. Tak szybko to ja może jechałem w trochę lżejszym terenie kiedy jeszcze byłem wypoczęty. W miarę pokonywanego dystansu ambitne plany odpływają w niepamięci.

Zapadające ciemności. Przejazd drogami nieraz znacznie odbiegającymi od dobrze znanych z innych imprez nowych szutrówek spowalnia jazdę i pozbawia resztek sił. Lasy i wzniesienia Drawskiego Parku Krajobrazowego to wg mnie najtrudniejszy fragment całej trasy. Gorszej jakości podrzędne leśne drogi. Mocno pofałdowany teren. Podjazdy (często wypych) i niepewne pełne wyboi i kolein zjazdy. Trudno w pełni bezpiecznie wykorzystać szybką jazdę w dół. Takie szlaki najlepiej pokonywać pieszo i to za dnia.

W pewnym momencie w bliskiej odległości w poprzek leśnej drogi przebiegają dwie sarny. Krzyczę, jednocześnie hamując. Spotkanie kończy się bezpiecznie dla obu stron. Kolejna 3 sarna, gdyby się pojawiła, byłaby już na kursie kolizyjnym.

Wkrótce okazuje się, że nawet dotarcie do Czarnego będzie dużym wyzwaniem. Przedstartowa nadzieja na przejazd longiem całej trasy już znacznie wcześniej okazała się dla mnie nierealna. Tylko perspektywa noclegu pod dachem budynku OSP motywuje by walczyć do końca. Wreszcie ostatni już asfaltowy dojazd do celu. Tego dnia jazdę kończę już mocno po północy. Tabliczka Czarne Wielkie [244 km, godz. 1:45], plakat informujący, że do OSP zostało 50 metrów. Kręce się bezradnie gdy na powitanie wychodzi dyżurujący strażak. W nocy samodzielne odnalezienie strażnicy nie było takie oczywiste. 60-cio kilometrowy przejazd z Drawska zajął mi 5 godzin (zamiast spodziewanych 3-4). [62,6 km 5:08/4:42/0:26 13,3 km/godz.].

Obok strażnicy płonie ognisko. Jedzenie, picie? Dziękuję. Teraz najważniejszy jest sen. Idę na salę z rozłożonymi materacami i kilkunastoma śpiącymi bikerami. Nie mogąc w ciemności znaleźć przygotowanych dla zawodników kocy korzystam z własnego śpiwora. Wkrótce pogrążam się we śnie. Za mną prawie 17 godzin na rowerze.

Pierwszy dzień:
Szczecin-Czarne Wielkie - dystans 244,4 km, czas trasy 16:45, czas jazdy15:26, postoje 1:19, prędkość 15,8 km/godz.

Pierwsza noc:
Czarne Wielkie - 3,5 godz. 1:45-5:15



Dzień drugi: Czarne Wielkie-Kłączno - 155 km, 16 godz. 47 min. (razem 400 km).

Skoro i tak nie pokonam całej trasy longiem rezygnuję ze ścisłego reżimu i planowania długości odpoczynku i snu. Wiem, że i tak sam obudzę się kiedy organizm będzie "wyspany" i gotowy do dalszego wysiłku. Budzę się, podobnie jak często w domu po godzinie 5. Materace wokół mnie już wcześniej opustoszały. Pakuję śpiwór, na szybko coś zjadam. Jestem gotowy do dalszej jazdy, więc szybko opuszczam miejsce odpoczynku. W ciągu zaledwie kilku godzin snu pogoda zmieniła się. Lekka początkowo mżawka, na którą nawet nie zwracam uwagi stopniowo nasila się. Lekki deszczyk, deszcz. Na rozgrzewkę na zachętę, odcinek asfaltowej drogi.

Po kilku kilometrach ogarnia mnie przerażenie. Czując lekkość na głowie zatrzymuję się i zastanawiam - Gdzie jest mój kask? To wydaje się oczywiste - pozostał w Czarnem. Ujechałem zaledwie kilka kilometrów ale każdy dodatkowy kilometr nawet asfaltowej drogi jest nieakceptowalną przykrością. W pewnym momencie na myśl przychodzi mi pewien znany wszystkim gość - "biega, krzyczy pan Hilary". Sięgam ręką do głowy lekki jak kolarska czapeczka kask znajduje się oczywiście tam gdzie powinien.

Zakładam przeciwdeszczową kurtkę. Po kilkunastu kilometrach deszcz wzmaga się. Kryję się pod właśnie mijaną wiatą w miejscowości Jeziorki [261 km, godz.6:32-8:09]. Metalowy dach wzmaga nieprzyjemne, zniechęcające do jazdy wrażenia akustyczne. Siedzę bezradnie, bez jakiegokolwiek planu co dalej. Prognozy nawet nie sugerują, żeby cokolwiek w ciągu dnia mogło się zmienić.

Zaczynam rozważać możliwe rozwiązania. Limit czasu jest na tyle łagodny, że mogę czekać na poprawę pogody nawet do jutra. Opcja zakończenia jazdy w tym miejscu też jest kusząca. Wystarczy zjechać na najbliższy przystanek kolejowy. Chociaż brak papierowej mapy utrudnia orientację, drogowskaz Szczecinek potwierdza, że do miejsca w którym mógłbym liczyć na transport nie mam przesadnie daleko i dałoby się to jakoś ogarnąć.

Wiadomo ostateczne rozwiązania są nie do odkręcenia. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się dobrowolnie zrezygnować z dotarcia do mety, więc dlaczego pierwszy raz miałby nastąpić dzisiaj. "Przy życiu" utrzymuje mnie świadomość, że rodzina, znajomi i inni ultrasi mogą obserwować moje poczynania na trasie. To zabawne, choć jak się okazuje skuteczne, że przy chęci pokonania całości trasy, będą mnie trzymały również media społecznościowe. Skoro w relacji Instagrama wstawiłem info o starcie to warto by to kontynuować wstawiając tam zdjęcie medalu potwierdzające dojazd do mety w Sopocie.

Po ponad 1,5 godzinie nagle zapada cisza. Deszcz przestaje bębnić o blaszany dach co przerywa moje rozmyślania. Bezzwłocznie zbieram się i wsiadam na rower. To, że przerwa w opadach jest dość krótka nie będzie miało już większego znaczenia. Jedynym pozytywem jest to, że po wczorajszym wietrze nie ma już śladu, chociaż gdyby wiał w plecy ... Przejeżdżam przez tory w Dalęcinie [275 km, godz.9:10]. Gdybym skręcił na stację i wsiadł do nadjeżdżającego właśnie pociągu, po zaledwie 5 minutach byłbym w Szczecinku z możliwocią dalszego transportu. Nawet o tym nie myślę, tę opcję odrzuciłem przecież jakiś czas temu.

W pierwszej części dnia deszcz utwardza piaszczyste drogi. Później jest już coraz gorzej. Po kilku godzinach wody jest tyle, że przesiąknięte wodą podłoże utrudnia jazdę "zasysając" rower niemal jak glina czy roztopiona smoła. Oblepiony piachem napęd chrzęści niemiłosiernie, a efekt smarowania łańcucha jest krótkotrwały. Po pierwszym razie rezygnuję z tej czynności. Czuję jak piach szlifuje łańcuch, przednie tarcze i tylne zębatki. Mam ten komfort, że po powrocie do domu i tak cały napęd był przeznaczony do wymiany.

Po południu koleinami polnych i leśnych dróg płynie woda, a w zagłębieniach tworzą się rozległe kałuże. Gdy buty są przemoczone nie ma to już większego znaczenie. Byle się nie przewrócić, wysmarować błotem i dodatkowo przemoczyć wilgotną odzież. Jadę, chociaż czasami wręcz bezpieczniej, a niewiele wolniej jest prowadzić rower. Zastanawiam się czy aż tak bardzo sprzyjam polskim chłopom by moknąć dla ich dobra przez cały dzień.



Łozice 304km (godz.11:48-12:31). Trasa daje się we znaki. Zatrzymuję się pod wiatą na chwilę odpoczynku i krótką kilkunastominutową drzemkę. Ten czas wykorzystuję też na posiłek w kulturalnych warunkach. Zwykle posilam się nie zsiadając z roweru. Trudno jednak zjeść bułkę z pasztetem z pojemnika w czasie jazdy rowerem.

Dzisiaj pracujący piątek. Już dawno opuściłem słabo zaludnione i ubogie w sklepy zachodnie "pomorskie" tereny. Nie muszę się już obawiać się o kłopoty z zaopatrzeniem i brakiem wody. Chociaż okazjonalnie zapuszczam się na tereny leśne i pola, to w mijanych miejscowościach mogę liczyć na sklep. Dla porządku wymienię te miejscowości w których uzupełniam zapasy napojów: Porost 311 km (godz.13:05-13:10), Świeszyno 345km (16:36-16:40), Brzeźno Szlacheckie 369 km (godz. 18:30-18:34).

Ponieważ nie jadam i nie posiadam preferowanych przez cyklistów żeli, w ostatnim ze sklepów decyduję się na zakup wysokokalorycznej gorzkiej czekolady. Sprawdza się w sytuacji gdy inne produkty z trudem przechodzą mi przez gardło. Chyba nie można powiedzieć, że jestem pozytywnie zakręcony. Opuszczając ostatni sklep, ruszam z powrotem tam skąd przyjechałem w kierunku Szczecina. Szczęśliwie to tylko dodatkowych kilkaset metrów.

Późnym popołudniem przerwy w opadach wydłużają się, a ich intensywność spada. Powoli zbliżam się do Góry Siemierzyckiej, głównej atrakcji i najwyższego punktu na trasie. Jadąc grzbietem wzdłuż jeziora Kamieniczno zastanawiam się z nadzieją, że może już ten cel osiągnąłem. Gliśno Wielkie i turystyczny drogowskaz GS sprowadzają mnie na ziemię.

Do właściwego celu pozostaje jeszcze znaczna odległość (ok 4 km). Piaszczysta polna droga prowadzi do widocznego na horyzoncie kompleksu leśnego. Z oddali żadnego wzniesienia nie widać. Na przemian jadę lub prowadzę rower przez las. Wreszcie jest końcowy wypych. Nie ma wątpliwości, że cel jest naprawdę blisko. Siemierzycka Góra 256 m [389 km, godz. 20:35]. Z porośniętego gęstym lasem wzniesienia rozpościera się z pewnością fantastyczny widok. Nie będę miał go okazji zobaczyć. Nikt nie jest w stanie zmusić mnie do pokonania kilkudziesięciu stopni umiejscowionej w tym miejscu wieży widokowej.

W ciemnościach potęgowanych przez gęsty liściasty las sprowadzam rower ze szczytowej kopuły. Dalej daje się już ostrożnie zjeżdżać. Czuję się wykończony ciężką bo nasiąkniętą wodą trasą. Swoje 3 grosze dokłada zdobywanie Góry Siemierzyckiej. Odcinek asfaltowej drogi daje tylko chwilowe wytchnienie. Pomimo najlepszych chęci wymiękam na długo przed północą po 17 godzinach zmagań, Warunki na trasie sprawiają, że pokonuję w tym czasie zaledwie 155 km.

Wiedząc, że przede mną kolejny leśny segment, marzę o jakimkolwiek miejscu (wiacie) pod którą mógłbym spędzić noc. Trochę ryzykując asfaltową drogą zjeżdżam z trasy w miejscowości Kłączno położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. Bingo. To miejsce do którego dojeżdżają autobusy, jest więc i przystanek. Położona na centralnym placu i oświetlona stojącą naprzeciwko latarnią wiata nie wydaje się szczytem marzeń. Wbrew obawom jest tu wyjątkowo spokojnie. Jestem tak zmęczony, że i tak nie ma to znaczenia. Chwilę po 22 zasypiam owinięty śpiworem.

Kłączno [400 km, godz. 22:00]. W czasie pierwszej Pomorskiej 500 dojeżdżałbym już do mety, teraz kiedy się obudzę będę miał do pokonania jeszcze ponad 100 km. Miałem nadzieję, że na ostatni dzień pozostanie znacznie mniej. Na pociąg przewidziany wydawałoby się z bezpiecznym zapasem czasu (godz.11) nie będę już miał szansy dotrzeć.

Wszelkie ambitne plany już od początku wzięły w łeb. Gdybym mógł jechać szybciej podobnie jak czołówka zawodników, uniknąłbym pogodowego armagedonu. Podobnie jak udało się to podczas pierwszej edycji Pomorskiej (2020) czy ultramaratonu Wschód2021. Cóż, chociaż próbuję się do tego nie przyznawać jednak upływ czasu robi różnicę. Od tego czasu minęło sześć lat. Teraz jestem o sześć lat starszy, o sześć lat słabszy i jak się na mecie okaże o 19 godzin wolniejszy.

Dzień drugi:
Czarne Wielkie-Kłączno - dystans 155,8 km, czas trasy 16:47, czas jazdy 12:36, postoje 4:11, prędkość 12,4 km/godz.

Druga noc: Kłączno - 5 godz. 50 min godz. 22:00-3:50

Całość:
Szczecin-Kłączno - dystans 400,2, czas trasy 37:01,czas jazdy 28:00, postoje 9:00, prędkośc 14,3 km/godz.



Dzień trzeci: Kłączno-Sopot - 108 km, 10 godz. 7 min.

Tym razem postój przedłuża się do prawie 6 godzin. Budzę się widząc, że prognozy na dzień dzisiejszy są dużo bardziej pomyślne. Po wczorajszych opadach nie ma śladu, przynajmniej jak się widzi budzący się do życia nowy dzień. Wokół rozpościerają się fantastyczne mgielne kompozycje i prześwitujące przez mgły słońce. W sobotni poranek ruch na szerokiej asfaltowej drodze znikomy. Przeganiam dwa hasające po asfalcie zające.

Skręcam w leśną dróżkę. Po wczorajszych opadach w wielu miejscach piasek wciąż nasiąknięty jest wodą, a w zagłębieniach pojawiają się kałuże. Nierówności sprawiają, że w lewym barku pojawia się przenikliwy ból. To ten bark, na którym opierałem się zbyt długo podczas mocnego snu. Wsparcie na lemondce pomaga ale nie w każdym miejscu nierównej leśnej drogi da się tak jechać. Po w miarę krótkim czasie wszystko wraca na swoje miejsce i lekki akceptowalny ból występuje w obu barkach.

Wjeżdżam w coraz bardziej cywilizowane tereny, a w związku z tym jest coraz więcej asfaltowych dróg. Zamiast uciążliwego terenu mam teraz liczne asfaltowe podjazdy. Na tym etapie mięśnie są tak zmaltretowane, że pozornie łatwe asfaltowe "szykany" spowalniają jazdę. Jadąc na świeżo pewnie bym tego nie zauważał. Wreszcie wiatr jest moim sprzymierzeńcem.

Dobra droga przez las. Nagle ślad nakazuje mi zjechać nad jezioro. Rozrzucone po lesie polne kamienie (takie same jakich wile spotykałem leżące na poboczach dróg) w tym miejscu stanowią ważną atrakcję turystyczną czyli "kamienne kręgi" Węsiory (429 km, godz. 6:50). Zawsze mam poważne wątpliwości podczas długich tras, czy atrakcja turystyczna to równoznaczne i atrakcja ultramaratonowa. Moja subiektywna odpowiedź brzmi zdecydowanie NIE.

W Węsiorach mój tracker po 46 godz. odmawia dalszej współpracy. Wg organizatora powinien wytrzymać prawie 100 godzin pracy. Nie przewidując tego, że trafię na wadliwy egzemplarz nie zabrałem ze sobą pendriva. Od tego czasu ani znajomi ani organizatorzy nie będą znali mojego aktualnego położenia na trasie. Prawidłowość jej pokonania zawsze mogę udowodnić udostępniając zapisany na Garminie ślad pokonanej trasy.

Przy wreszcie wymarzonej pogodzie pokonuję kolejne podjazdy. W pewnym miejscu jest na tyle stromo, że wpycham rower szutrową drogą. Pomimo, że owiewa mnie lekki wiatr, wyraźnie czuję intensywny smród "kiszonego" przez cały wczorajszy dzień ciała. Profesjonalna (kupiona przed MRDP) niby oddychająca kurtka niewiele tu pomogła. Tak nie cuchnąłem nawet podczas dłuższych kilkudniowych imprez.

Z lekkimi obawami wchodzę do ostatniego odwiedzanego przeze mnie sklepu. Chmielno 465 km godz.9;32-9:44. Bez żalu zostawiam przy koszu na śmieci kolejne kaucjonowane butelki. Ktoś zadba o to by nie znalazły się w lesie, rowie czy innym nielegalnym wysypisku. 5 zł (tyle mniej więcej by się zebrało) to niewielki koszt, który bez żalu mogę ponieść jeżeli tylko trafią do recyklingu i dostaną nowe życie.

Z umieszczonej na kierownicy listy odhaczam kolejne miejscowości. Wkrótce od mety dzieli mnie już tylko przejazd przez Lasy Oliwskie. Będzie to szybki ale bardzo czujny przejazd. Czasami ślad na licznych rozwidleniach wybiera ten mniej oczywisty i mniej zjeżdżony przez rowerzystów i wydeptany przez pieszych wariant. Kiedy przekraczam tory kolejowe, ślad w nawigacji nieoczekiwanie się kończy. Jestem na taką niespodziankę przygotowany (podobnie było podczas Gravelu po Łódzku), Zatrzymuję się i wczytuję końcowy fragment trasy. Szkoda, że organizatorzy przestali myśleć o zawodnikach, których urządzenia wyświetlają jedynie 10.000 początkowych punktów trasy.

Na metę docieram mocno spóźniony, po 53 godz, (na pierwszej Pomorskiej było to 38 godz. 40 min.). Na przewidziany z "bezpiecznym" zapasem czasu pociąg powrotny spóźniłem się ponad 3 godziny. Gdzie szukać organizatorów na opustoszałej mecie. Po chwili zjawiają się sami.

Dzień trzeci:
Kłączno-Sopot - dystans 108,7 km, czas trasy 10:46, czas jazdy 8:08, postoje 2:57, prędkość 12,4 km/godz.



Jak było? Nie było lekko, nie było łatwo. Przyjemność? To jest pojęcie względne. Wreszcie mogłem pojeździć po gorszej jakości drogach, które lubię wybierać w okolicach Łodzi. Wszystko jednak przebijały fantastyczne widoki. Ciągnące się aż po horyzont w pofałdowanym terenie. pola. Prowadzące między nimi, porośnięte starymi drzewami drogi. Widoki zmieniające się w zależności od tego który fragment Pomorza pokonuję. Poranne mgły, które towarzyszyły mi ostatniego dnia. Wracam zauroczony trasą i widokami. Żałuje tylko jednego, że nie utrwaliłem najciekawszych widoków na zdjęciach. Parszywa pogoda i ciężka nasączona wodą trasa - cóż to wzmaga satysfakcję i o tym zapomina się już chwilę po minięciu linii mety.

Wiem, że taka trasa zniechęca większość ultrasów ale polecam ją tym dla których przygoda jest ważniejsza od ścigania. Zresztą jedno nie wyklucza wcale drugiego. Najlepiej jeszcze w tym roku wybrać się na rozgrywaną w podobnym klimacie Ultraniespodziankę.

STATYSTYKI:

Trasa: Szczecin-Sopot
Start: 4 czerwiec, godz.9:00
Meta: 6 czerwiec, godz.13:57
Dystans 508,9 km
Przewyższenia: ok. 5400 m
Czas trasy: 52 godz. 57 min.
Czas jazdy: 36 godz. 13min.
Postoje (w tym sen): 16 godz. 44 min.
Średnia prędkość jazdy:14,0 km/godz.

Dane z kolejnych odcinków 100 km (czas trasy/jazdy/postoje, średnia:

100 km 6:29/6:02/0:27, 16,6 km/godz.
100-200 6:28/6:00/0:28. 16,7 km/godz.
200-300 13:28/7:35/5:53, 13,2 km/godz.
300-400 16:29/8:26/8:04, 11,9 km/godz.
400-500 9:28/7:33/1,55, 13,2 km/godz

Czas jazdy, średnia, dystans po kolejnych 6 godzinnych odcinkach czasu:

6, 5:33, 16,8 km/godz., 93.4 km
12, 11:06, 16,9 km/godz., 187,3 km
18, 15:19, 15,8 km/godz., 243,5 km
24, 17:25, 15,6 km/godz., 272,2 km
30, 22:10, 14,9 km/godz., 331,1 km
36, 27:07, 14,5 km/godz., 392,0 km
42, 27:58, 14,3 km/godz., 400,2 km
48, 31:53, 14,0 km/godz., 449,0 km


moja trasa na rwgps



Krzysztof Wiktorowski (wiki) nr 3
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót