.

Dla towarzystwa i dla przyjemności


OrientAkcja 20, Zapolice, 15 sierpnia 2026 r.


relacje z innych imprez
fot. Orientakcja, własne
Po długiej przerwie wracam na trasę rajdu na orientację. W czerwcu minęły 2 lata od czasu ostatniego startu na Mazurskich Tropach. To wcale nie znaczy, że w tym czasie przestałem jeździć rowerem. To czas spędzany bardzo intensywnie. Były starty w ultramaratonach, zaliczanie brakujących gmin, a wolnych chwilach krótsze trasy - jazda po województwie łódzkim w celu zaliczenia wszystkich miejscowości. Rozmowy ze znajomymi przed startem w tegorocznej Pomorska500 skłaniają mnie by powrócić na trasy orientalistyczne. Nie jest to co prawda sugerowany przez pomorskich bikerów Harpagan ale rozgrywana w Zapolicach w pobliżu Łodzi i organizowana przez łódzkich bikerów Orientakcja.


Oczekiwania na rejestrację


Przed startem nie mam specjalnych oczekiwań. Po pierwsze, chcę się ponownie spotkać z poznanymi w czasie prawie 20 lat startów orientalistami. Po drugie, dla przyjemności jazdy w terenie i poszukiwaniu ukrytych w ciekawych i nieraz zaskakujących miejscach punktów kontrolnych. Co do wyniku też nie mam dużych oczekiwań. Dla mnie niepostrzeżenie minął czas gdy walczyłem o zaliczenie całej trasy i rywalizowanie chociażby o miejsce w 10 z młodszymi rywalami.


Zapisy


Przedstartowe dyskusje zakończone, pakiety odebrane, mapy rozdane. Czas spojrzeć na otrzymaną kilka minut przed startem mapę. Nigdy nie miałem cierpliwości i umiejętności, żeby podobnie jak większość uczestników już na starcie rozrysować najbardziej optymalną trasę zaliczania wszystkich (dzisiaj 28) punktów kontrolnych. Tym bardziej nie widzę konieczności, by zrobić to teraz gdy ruszę na trasę na pełnym luzie i bez ambicji zaliczenia całości. Szybko wybieram część mapy od której zacznę jazdę. Chwilę po komendzie start zgodnie z tym wyborem ruszam w kierunku północno-zachodniej części mapy.


Mapy rozdane



Szybka analiza i start


Dokładna mapa sprawia, że bez problemu trafiam na odpowiednie drogi. Razem ze mną jedzie w tym samym kierunku inny zawodnik. Z tyłu jest już znacznie większa grupa. Opis jest nieco mylący. Gdyby ktoś wypatrywał betonowej konstrukcji bunkra, mógłby się srogo rozczarować. Najważniejsze, że jest drzewo i wiszący na drzewie lampion. Ktoś dopatruje się, że w trawie/krzakach ukryty jest bunkier ale nie widziałem go na własne oczy. Po chwili cel minimum, czyli jeden zaliczony punkt pozwalający na znalezienie swojego nazwiska na liście wyników mam osiągnięty. PK1 Drzewo w bunkrze (3,3 km, godz.9:11).

Bikerzy, którzy po mnie ruszyli na trasę w okolicy punktu wyprzedzają mnie. Bezskutecznie próbuję utrzymać narzucone tempo na kiepskiej, miejscami piaszczystej leśnej drodze. Nadzieja, że doprowadzą mnie prosto do punktu szybko ulatnia się. To najgorsza z możliwych opcji. Sam pewnie bym znalazł punkt bez problemu. Próbuję odnaleźć swoje położenie w środku lasu. Mam wrażenie, że skręcam we właściwą przecinkę. Pozostawiam rower i pieszo ruszam na poszukiwania okopu. Być może szukam w niewłaściwym miejscu lub po niewłaściwej stronie drogi. Dalsze pozostawanie w miejsca, którego położenia na 100% nie jestem pewien nie ma sensu. PK4 Zakręt okopu (5,7 km, godz. 9:24).

Kłopotów orientacyjnych ciąg dalszy. Jadę asfaltową drogą, której kierunek nie do końca się zgadza. Po kilku kilometrach widzę wiadukt drogi szybkiego ruchu. To, że wyjechałem poza otrzymaną mapę nie ułatwia zadania. Jadę drogą techniczną wzdłuż S-ki. Prędzej czy później powinienem dotrzeć do miejsca, które da się zidentyfikować. Uff! Jest poprzeczna asfaltowa droga, którą wczoraj dotarłem do bazy. Teraz mogę, ze spokojem kierować się do punktu na starym cmentarzu. Trochę przestrzeliwuję miejsce w którym znajduje się krzyż ale po chwili perforacja odciśnięta jest na mojej karcie startowej. PK2 Cmentarz, przy krzyżu (12 km, godz.9:58).

Zamiast skrótu przez być może piaszczysty las, wybieram wygodny asfaltowy objazd. Za drugim razem wybieram w lesie tę właściwą boczną drogę. Brak licznika i linijki sprawia, że muszę dokładniej śledzić mapę, a odległości oceniać tak trochę na oko. Szczególnie na początku jest to trochę niepewne. Na dalszej części trasy można się już sugerować pozostawionymi przez poprzedników śladami kół (im ich więcej tym lepiej). Początkowo przejeżdżając tuż obok nie zauważam resztek płotu ale wracając, z daleka widzę kolorowy lampion PK. PK5 Pozostałość płotu (19 km, 10:25).

Asfaltowa droga, kilka zakrętów i nieregularne zwały ziemi na skraju pola i lasów. To musi być to miejsce. Przedzieram się pomiędzy drzewkami rosnącymi na tym pseudowale. Bezskutecznie. Dopiero kiedy odwracam się i schodzę na dół widzę lampion tuż obok drogi. Gdzie te czasy gdy przezroczysta taśma mocująca lampiony do drzew była widoczna z każdej strony. PK17 Wał (23 km, 10:40). Pola w gminie Sędziejowice. Tu nie ma możliwości ukrycia punktu. Wystarczy śledzić każdy zakręt polnych dróg. Tuż obok kolejnej z nich jest charakterystyczne drzewo. PK10 Podwójny dąb (27 km, 10:52).

Wszystko co łatwe już się skończyło. Rzeki to ulubiony motyw Michała, organizatora i budowniczego tras Orientakcji. Wzdłuż dziko płynących rzek możliwości umieszczenia lub wręcz ukrycia punktów jest nieskończenie dużo. Na obszarze obejmującym przez mapę mamy Grabię, Widawkę, a z mniejszych Nieciecz i Chrząstawka. Największa i ograniczona wałami Warta może mniej do celów orientacyjnych się nadaje chociaż i tu znalazłoby się wiele ciekawych miejsc.

Na początek na tapetę idzie położona na wschodniej części mapy Grabia. Zaliczony przeze mnie PK10 jest celowo tak umiejscowiony, że do kolejnego położonego nad rzeką punktu można podjechać zarówno ze wschodniej jak i zachodniej strony. Do mnie najbardziej przemawia widok asfaltów od zachodu. Prawdę mówiąc opcji wschodniej w ferworze walki nawet nie dostrzegam. Najkrótszą opcję jazdy skrótem na wprost przez "wyspę" utworzoną między odnogami Grabi z dwukrotnym pokonaniem rzeki, traktuję tylko jako na teoretyczną ciekawostkę.

Szybka jazda asfaltami, ciężka walka z leśnymi piachami i jestem na brzegu szerokiego brodu. Przy panującej temperaturze i nadchodzącym w godzinach południowych upale nawet nie myślę o zdejmowaniu kolarskich butów. Poziom wody spiętrzonej prowizoryczną tamą przez kąpiących się w tym miejscu tubylców sprawia, że w najgłębszych miejscach woda i tak sięga zaledwie kolan. Podbijam znajdujący się po przeciwnej stronie rzeki punkt i szybko ruszam dalej. PK24 Prawy brzeg rzeki (32 km, 11:08).

Konsekwentnie trzymam się dotychczasowego planu by maksymalnie wykorzystywać asfaltowe drogi. Nie bardzo mam pomysł jak dojechać do jazu. Mam szczęście, przede mną pojawia się inny zawodnik. Okazuje się, że wyprzedził mnie Piotrek z Bikeorientu, który punkt nad Grabią zaliczył kilka minut później ale z zasady jeździ najkrótszymi wariantami. Wszelkie wątpliwości znikają kiedy na drogę wyjeżdża inny zawodnik, który przed chwilą musiał być na punkcie. Kilkaset metrów jazdy zarastającą ścieżką, kładka nad jazem i kolejny punkt zostaje odhaczony. PK14 Jaz NE (35 km,11:25).

Piotrek jest szybszy, tak jak wszyscy zawodnicy których spotykam, więc czeka mnie kolejna samotna jazda. Zawodnik, który się zatrzymał na rozwidleniu leśnych dróg w pobliżu punktu wskazuje, że obie opcje dalszej jazdy są jednakowo dobre. Wybieram drogę odchodzącą w lewo. Po raz kolejny wychodzi brak dokładnej kontroli otoczenia. Wjeżdżam na teren "ogrodzonego" ośrodka. Nie spodziewam się, że po ogrodzeniu i bramie w tym miejscu pozostały tylko nie rzucające się w oczy metalowe słupki. "Kosztuje" mnie to kilka minut błądzenia. PK16 Róg ogrodzenia (29 km, 11:42).

Kolejny grabiński punkt odległy jest w linii prostej o niecałe 2 km, po drogach niewiele dalej. Leśne drogi doprowadzają mnie na skraj lasu i łąk. Mam szczęście. Kiedy zamierzam ruszyć drogą wzdłuż łąk, dobrzy ludzie wracający z punktu radzą żebym od razu wjechał na wysoką skarpę. Kilkukrotnie jeżdżę tam i z powrotem. Bezskutecznie sprawdzam drzewa wokół każdego leżącego na górze wykrotu. Widoczny w dole zakręt Grabi potwierdza, że jestem we właściwym miejscu. W końcu jest. Właściwy wykrot leży w górnej części pochyłości czyli w miejscu, w którym się go nie spodziewałem. Czyżby wychodziła nieumiejętność czytania ze zrozumieniem i rozróżnienia dwóch podobnych określeń: "nad skarpą" i "na skarpie". PK22 Wykrot na skarpie (41 km, 12:01).


Mostek nad Grabią, dojazd do PK11


Wkrótce seria nadgrabianskich punktu zakończy się. W końcu innym łódzkim rzekom też coś się należy. Tym razem dojazd na punkt po przeciwnej stronie rzeki jest zarówno bez wariantowy jak i nie sprawia większych problemów. Jedyną atrakcją na trasie jest położona wysoko nad nurtem drewniana kładka naprzeciwko wsi Grabica. Muszę tu czekać na swoją kolej. Najpierw po kładce przedostają się kolejni członkowie 3 osobowej grupy pabianiczan z Arkiem Śpionkiem na czele. Nadzieja, że któryś z zawodników spadnie w dół i zostanie uwieczniony na pamiątkowym zdjęciu nie sprawdza się. PK11 Wykrot nad bagnem (45 km, 12:25).

Zgodnie z obraną strategią, by nie męczyć się na bocznych polnych i leśnych ale często piaszczystych o tej porze roku drogach, jadę szybszym ale nieco dłuższym wariantem asfaltowym. Skręcam w kiepską drogę przez pola ale do punktu mam już zaledwie kilkaset metrów. Moje zdziwienie wywołuje piechur biegnący w kierunku punktu. Czyżby piechurzy mieli te same punkty co trasa rowerowa. Są wczesne godziny popołudniowe. Pewnie silnie grzejące słońce, upał i zmęczenie sprawiają, że moje pojmowanie rzeczywistości jest mocno ograniczone. Bartek Adamczyk pozostawił rower gdzieś na porośniętej trawą drodze i w ten właśnie sposób zalicza punkt. PK21 Dąb (53 km, 12:55).

Powoli zbliżam się do umieszonego w dolnym prawym narożniku mapy (płd.-wsch.) punktu. Upał łagodzi nieco jazda szutrówkami przez zwarty kompleks leśny. Wreszcie wszystko co dobre kończy się. Mijam most na kolejnej rzeczce Chrząstawce. Zgodnie z mapą oraz odciśniętymi w trawie śladami jadę potwornie nierówną ścieżką przez niekoszone od dawna łąki. Nie jest to miejsce szczególnie uczęszczane. Być może pierwsi zawodnicy, którzy się tu pojawili zastali jedynie ślad w trawie pozostawiony przez budowniczego, który dzień wcześniej rozwieszał lampiony.

Ślady doprowadzają prosto do leśnego boiska miejscowego klubu LZS Chrząstawa. W kępie drzew odnajduję lampion. Niekoszona trawa sprawia wrażenie, że boisko już od długiego czasu nie spełnia funkcji do jakich zostało stworzone. Pytaniem bez odpowiedzi pozostaje w jaki sposób docierali tu zawodnicy. Czyżby każdorazowo czekał ich kilkusetmetrowy marszobieg. Nie decyduję się sprawdzić czy od południa nie ma jakiejś innej cywilizowanej drogi. Skoro organizator jej nie dorysował mógłbym wpakować się w mało przebieżny teren. Na mapie satelitarnej jedyną drogą (widoczne są nawet podwójne koleiny) jest ścieżka którą opuszczam to miejsce. Pewnie najłatwiej dotrzeć na boisko można było traktorem lub samochodem terenowym. PK13 Płn. skraj boiska, kępa brzóz (59 km, 13:25). Jadę drogą wzdłuż Chrząstawki. Wystarczyło skręcić w odpowiednią boczną odnogę, co tym razem udaję się bezbłędnie. Za mostkiem osiągam widoczny na mapie cel. PK8 Brzeg rzeki (63 km, 13:45).

Przede mną Widawka, kolejna rzeka, a raczej punkty nad nią położone. To dzika na tym odcinku rzeka, której nie sposób przekroczyć wpław. Niezależnie od pory roku i panującej suszy jej poziom niewiele się zmienia ponieważ odprowadza wody pochodzące z odwadniania kopalni węgla brunatnego Bełchatów i poprzez Krasówkę z odkrywki Szczerców. Do punktu oddalonego na wyciągnięcie ręki ale na drugim brzegu rzeki muszę dojechać poprzez most w Chociwiu.

Oswojony z mapą i odległościami po raz kolejny wybieram właściwą boczną drogę. Polna aleja obrośnięta drzewami doprowadza mnie nad rzekę. Dalej prowadzą mnie wyraźne ślady zawodników, którzy zaliczali punkt przede mną. Widok głęboko wcinającej się w terenie rzeki, bystry nurt i porośnięte bujną roślinnością brzegi potwierdzają to czego się obawiałem. Tej przeszkody nie da się pokonać inaczej niż mostem. PK26 Zakręt rzeki (67 km, 14:04).

Wracam do drogi którą opuściłem zjeżdżając nad Widawkę. Na końcu tej drogi znajduje się punkt. Żeby nie było wątpliwości w końcówce prowadzą mnie wyraźne ślady poprzedników. Żebym mimo to nie miał problemów, zawodnik który opuszcza punkt wskazuje właściwe drzewo. PK28 Róg starorzecza (69 km, 14:18). Cel jaki sobie wyznaczyłem na dzisiaj - zaliczenie 50%+1 punktów kontrolnych został właśnie osiągnięty.

Wycofuję się do drogi wojewódzkiej. Nowo wybudowanym wiaduktem przedostaję się na drugą stronę kolejowej Magistrali Węglowej. Z widocznej z wiaduktu stacji Chociw Łaski i innych położonych wzdłuż tej linii od ponad roku, można wygodnie wrócić do Łodzi pociągiem. Bez wahania jadę do punktu kontrolując mijane zakręty drogi. Będąc prawie u celu ponownie spotykam nadjeżdżających z naprzeciwka pabianiczan. Zaliczamy punkt, a ja dzielę się częścią mocno podgrzanej już wody z bidonu z jednym z zawodników. 3 litrowe bidony zapewniają wystarczający zapas płynów zanim dotrę do stacji paliw w Widawie. PK9 Ruiny gospodarstwa (73 km,14:38).

Nawet jadąc asfaltową drogę czegoś mi w rowerze bardzo brakuje. Nieustannie spoglądam na miejsce, w którym zawsze (nawet gdy jeżdżę do sklepu po bułki) znajdował się Garmin wskazujący moje położenie. Siła przyzwyczajenia do nawigacji albo odzwyczajenia od widoku mapy jest ogromna. Zgodnie z obowiązującymi zasadami GPS jedzie ale schowany do torby zapisując ślad przejazdu. Nawet nie korci mnie, żeby go wyciągnąć. Przecież mapa, którą mam ze sobą jest dużo bardziej dokładna.

Skręcam w długą drogę przez pola, którą już pokonywałem podczas którejś z wycieczek po województwie łódzkim. Powoli wspinam się na niewielkie wzniesienie. Piaszczyste fragmenty utrudniają jazdę. Nawet najmniejszy krzaczek nie chroni przed piekącym niemiłosiernie słońcem. Przy szybkości jaką rozwijam, gorący wiatr nie jest czynnikiem chłodzącym. Wymiękam przed osiągnięciem widocznego nawet z oddali grzbietu. Prowadzę rower. Na zjeździe sytuacja nie poprawia się. Ciepła woda z bidonu zapobiega odwodnieniu. Nic nie chroni przed przegrzaniem organizmu i to jest najbardziej prawdopodobna przyczyna mojej niedyspozycji.

Koniecznie muszę się zatrzymać, ochłonąć, ochłodzić. Zatrzymuję się na skraju lasu rozkładam folię. Chwila rozmowy z nadjeżdżającym właśnie Piotrkiem ale poganiam go, przecież mnie nic nie pomoże, a z pewnością walczy o zaliczenie całej trasy. Po kilkunastu minutach leżenia w cieniu drzew ruszam dalej. Pierwsze podejście do zaliczenia punktu nieudane. Razem z zawodnikami, którzy przyjechali z przeciwnej strony odnajduję w pobliżu drogi pomnik nieznanego pochodzenia i nieznanego przeznaczenia. Ostatnią czynnością jaka by mi przyszła do głowy byłoby teraz czytanie napisów wyrytych w kamieniu. PK19 Pomnik (82 km, 15:41).


PK15 Akacja na zachód od wapiennika


Przede mną jeszcze 2 znajdujące się w pobliżu trasy przejazdu punkty i tankowanie napojów w sklepie w Widawie. Dojeżdżam do drogi wojewódzkiej i już z daleka widzę cel mojej jazdy - położony na wzniesieniu wysoki "komin" wapiennika. Dla każdego zawodnika który potrafi rozpoznawać drzewa i np. odróżnić sosnę od akacji, odnalezienie punktu powinno być trywialne. Mam o wiele łatwiejsze zadanie. Pan z córką, który wjechał tu samochodem by obejrzeć miejscową atrakcję turystyczną wskazuje konkretne drzewo. PK15 Akacja na zachód od wapiennika (86 km, 16:11).

Od Widawy gdzie będę mógł się w końcu napić czegoś zimnego dzieli mnie zaledwie kilka kilometrów doskonale równej drogi. Tylko albo aż kilka kilometrów. To co wydawało się długo wyczekiwanym dobrodziejstwem takim nie jest. Teraz jestem przypiekany z obu stron. Od góry słońcem na bezchmurnym niebie, od dołu być może jeszcze bardziej rozgrzanym asfaltem. W takich warunkach nie da się jechać. Nie wdając się w szczegóły przegrzany organizm odmawia współdziałania.

Zatrzymuję się na dłuższą chwilę obok drogi prowadzącej do znajdującego się nieopodal bo ok.350-400 km dalej punktu kontrolnego. PK6 źródło (90,16:39). Chwila odpoczynku i zastanowienia. Kiedy jazda staje się problemem, nawet tak niewielki dodatkowy wysiłek traci sens. Zaciskam zęby i ruszam prosto do Widawy. Jedynym celem pozostaje samodzielny powrót na metę rajdu. Gdzieś w tyle głowy pojawia się wersja awaryjna - telefon do orga z prośbą o zwiezienie z trasy.


Uszkodzony most nad Widawką


Zakupy wody i jakiegoś napoju w sklepie znajdującym się na środku rynku w Widawie stacji. Wybieram najbardziej zacienioną ławeczkę na pobliskim skwerze. Napoje o temperaturze klimatyzowanego sklepu i blisko półgodzinny odpoczynek robią swoje. Największy kryzys mija. Na tyle, że spokojnie wrócę do bazy, o zboczeniu z najkrótszej trasy w celu zaliczenia któregoś z punktów nawet nie myślę. Wracając korzystam ze skrótu przez pola i uszkodzony most w Ligocie. Poza skrótem takie miejsca zawsze mają swój urok. Znanego już wcześniej mostu nie można pokonać samochodem ale pieszo czy z rowerem tak.

Kończę rajd na godzinę przed upływem przeznaczonego na to zadanie limitu, zaliczając 18 z 28 punktów kontrolnych co jest dla mnie satysfakcjonującym wynikiem. Nie mam poczucia, że przy panujących warunkach mogłem zrobić coś więcej. Te dwa dni (z przedstartowym noclegiem) to był dobrze spędzony czas.


To już meta


Statystyka:

Dystans - 108,7 km
Czas trasy - 9:10
Czas jazdy - 6:55
postoje 2:15 w tym piesze poszukiwanie punktów
Prędkość śr. - 15,7 km/godz.
Zaliczone punkty 18 z 28


To już meta



trasa (bez punktów)


Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 6
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót