.

Jubileuszowo


Orientakcja ed.10


Sieradz-Męka 15 września 2018 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


fot. Renia (Orientakcja)
Maratonu orientacyjnego ciąg dalszy. Tydzień po pucharowym Mordowniku czas na start w jubileuszowej bo już 10 edycji Orientakcji. Wyniki ze startu w tej imprezie nie są liczone do Pucharu Polski, co wcale nie przeszkadza by biła ona kolejne rekordy frekwencji. Ranga zawodów skoczyła na kolejny poziom wraz z faktem, że na starcie pojawił się lider Pucharu Polski, Paweł Brudło. Pojawił się i, co nie było dużym zaskoczeniem, wygrał tę imprezę.

Poza porównywalnym dystansem, Orientakcja różni się od wcześniejszego Mordownika niemal w każdym szczególe. Pomimo, że teren jest niemal płaski (a może właśnie dlatego) nie sposób na szybko wykreślić na mapie kolejność zaliczania wszystkich 25 punktów kontrolnych. Chociaż niektóre odcinki przejazdów powtarzają się, wariantów trasy jest niemal tyle samo co startujących zawodników. Jedynie drobną niedogodnością jest słabo przeliczalna skala mapy 1:60 tys. Po prostu milimetry (i centymetry) trzeba mnożyć przez 6.


Gotowy do startu


Start 9:30. Wyznaczam kolejność zaliczania punktów i ruszam za pierwszymi opuszczającymi bazę zawodnikami. Może by tak powtórka taktyki z Uniejowa - zaliczanie kilku początkowych punktów razem z najlepszymi i lepiej zorientowanymi zawodnikami? Wśród prowadzących jest m.in. Łukasz, Paweł i kilku innych mocarzy orientacji. Z trudnością wytrzymuję narzucone na starcie tempo. Kilka razy zatrzymujemy się szukając lampionu na skraju brzozowego zagajnika. Czy ktoś z prowadzących czytał opis punktów? Ktoś chyba tak, bo jeden z zawodników odnajduje lampion na wysokim nasypie. PK22 - koniec nasypu - 9:43 (13 min od startu).

Wysiłek i pośpiech wyłącza myślenie. Ruszam za wracających w kierunku Męki zawodnikami. Chyba nie tak chciałem jechać. Skręcam w drogę przez pola na południe. Ta kończy się na skraju pól. Prowadzę rower. Skręcam i docieram do wysokiego elewatora. Drogi omijającej ogrodzony teren jakoś nie zauważam. Jadę dalej na południe. Prowadzę rower wzdłuż torów. Wreszcie trafiam na asfaltową drogę. Oddycham z ulgą. Błąd naprawiony. Czy na pewno? Oglądam pobieżnie mapę i zamiast drogą odchodzącą na północ jadę na południe. Gdzie był w tym czasie mój kompas? Mijam poprowadzone wiaduktem tory kolejowe.

Jadę szeroką uczęszczaną asfaltową drogą i jak na razie nie wzbudza to we mnie żadnych wątpliwości. Kolejne nic nie mówiące nazwy miejscowości. Pewne zaniepokojenie wywołują oznaczenia drogi krajowej i drogowskaz wskazujący kierunek na Łódź. Chwilę trwa zanim przetrawię tę wiadomość. Mapa. Kompas. Zdecydowanie nie w tym miejscu powinienem się teraz znajdować. Szukam najbliższej okazji by skręcić na północ i drogi, która pozwoli pokonać widoczne w oddali tory.

Mijam tory tuż obok stacji Męcka Wola. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę. Było źle ale nie jest tragicznie. Mogło być dużo gorzej. Do punktu mam całkiem blisko. Mapa, linijka, kompas. Skrupulatnie sprawdzam każdy pokonany odcinek. Nie mam ochoty na następne błędy. Na kolejnym skrzyżowania leśnych dróg spotykam Weronikę z tatą. Potwierdzają gdzie mam szukać punktu (po prawo od drogi). Na miejscu spotykam początkujących orientalistów. Chociaż są na właściwym miejscu nie potrafią odnaleźć lampionu. Jadą szukać dalej. Widząc rów porzucam rower i ruszam wzdłuż niego na krótkie poszukiwania. Tak charakterystycznego miejsca trudno nie znaleźć. PK18 - złączenie rowów - 10:20 (37 min od poprzedniego punktu).


Mój pojazd


Nie do końca panuję nad mapą. Trasa jaką pokonuję jadąc w kierunku kolejnego celu z pewnością mocno różniła się od optymalnej. Wreszcie opuszczam las. Jeszcze chwila by zidentyfikować swoje miejsce na asfaltowej drodze. Skrzyżowanie z inną drogą. Drogowskaz Korczew upewnia mnie w którym miejscu się znajduję. Po chwili jadę już przez las. Jazdę uatrakcyjniają powalone w poprzek leśnej drogi pnie. Niektóre można ominąć, przy innych trzeba zsiąść z roweru. Droga opada w dół w kierunku suchego rowu. Dołączam do Grzegorza, który sprawdza drzewa po kewej stronie drogi. Penetruję nie zbadaną jeszcze stronę. Lampionu spodziewałem się nieco bliżej drogi. PK1 - brzeg strumienia - 10:50 (30).

Powrotna jazda/bieg z przeszkodami. Asfalt. Ponownie gruntowa droga. Z przeciwnej strony nadjeżdża kilku bikerów, którzy w to miejsce dotarli przede mną. Prosty punkt - kępa drzew nad strumieniem. Wypatrzenie w terenie widocznego na mapie strumienia nie jednak tak proste. Susza powoduje, że nie po raz pierwszy i nie ostatni dzisiaj trzeba wypatrywać to co po strumieniu zostało czyli suchy rów. W takich warunkach często linijka staje się nieodzownym rekwizytem. PK23 - Kępa brzóz - 11:08 (18).

Przede mną dłuższy przejazd. Gruntowe drogi, asfalt. Mierzę odległości, kontroluję mapę. W końcówce kręta gruntowa droga. Odnalezienie niewielkiego stawu wśród rosnących wokół drzew nie jest wcale takie oczywiste. Nie ma co liczyć, że obiekt zobaczy się z daleka. PK17 - brzeg stawu - 11:31 (13).

Przede mną proste polne drogi. Punkt jest zbyt blisko leśnej drogi, by stanowił problem. Zapuszczam się kilkadziesiąt metrów za daleko. Wracam i w gęstym liściastym młodniku odnajduję tym razem chyba nie pozbawiony wody rów i drzewo na jego skraju. PK3 - źródlisko - 11:46 (15).

W okolicy kolejnego punktu zbiera się kilka osób. Pozostawiamy rowery przy leśnej ścieżce i ruszamy na poszukiwania. Wreszcie z boku słyszę upragniony okrzyk - Jeeest!!! Trzeba przyznać, że wykrot jest doskonale zamaskowany. Leśny twór porośnięty roślinnością jest dodatkowo maskowany przez gałęzie rosnących obok drzew. Spoglądałem na niego już wcześnie ale nie zwrócił mojej uwagi. Dopiero podchodząc do niego od przeciwnej strony można zobaczyć czerwień lampionu. PK4 - stary wykrot - 12:05 (19).

Przede mną ukryte gdzieś w środku niewielkiego lasu wzgórze. Wjeżdżam w las od północy. Plątanina dróg na mapie nie napawa optymizmem. W lesie dróg jest jeszcze więcej. Czy wystarczy kontrola odległości i kierunku jazdy? Mam duże obawy. Skraj lasu. Zaraz, ale gdzie ja jestem? Rzut oka na mapę uspokaja - jestem tam gdzie powinienem być. Jeszcze jedno rozwidlenie dróg i po chwili jestem u podnóża niewielkiego pagórka. Punkt znajduję się na wprost prowadzącej w górę dróżki. PK21 - górka - 12:21 (16). Oddycham z ulgą. Albo ten punkt był tak prosty, albo miałem trochę szczęścia. W swoje umiejętności nawigacyjne raczej nie jestem w stanie uwierzyć.

Dużo asfaltu. Leśna droga, na końcu której powinienem znaleźć kolejny suchy rów. Skoro jest rów to odnalezienie położonego nieco wcześniej jego zakrętu nie stanowi większego problemu. Prawdę mówiąc miejsca położenia tego punktu nie pamiętam. PK24 - zakręt rowu - 12:41 (20).

Po łatwym punkcie przychodzi trudniejszy. Punkt do którego jadę wygląda wrednie. Opis też niewiele wnosi. Skrupulatnie odmierzam odległość na mapie, mnożę przez 0,6 i skręcam w odpowiednim miejscu w coś co tylko trochę przypomina leśną drogę. Ponownie odmierzam się. Zatrzymuję się w miejscu w pobliżu którego powinien być punkt. Rozglądam się wokoło za czymś co budowniczy uznał za szpaler drzew. Nie tak to sobie wyobrażałem. PK9 - szpaler drzew przy pniu - 12:53 (12).

Z przeciwnej strony z lasu wyłania się prowadząc rower Michał Bedyk. Co on robi w tym lesie? Czyżby szukał grzybów, wszak rozpoczął się sezon na grzybobranie. Opuszczając punkt mijam Łukasza Senderka i kilku innych nadjeżdżających zawodników.

Czujny przejazd asfaltami i dobrymi szutrami. Mijam widoczny w oddali w rzadkim sosnowym lesie pomnik. Skręcam w kolejną leśną przecinkę. W odmierzonej dokładnie odległości zatrzymuję się . Są tu już dwa rowery i krążący po lesie zawodnicy. Odległość się zgadza. Opis nie bardzo. Przecinka prowadzi dalej i zakręca nad bagnistym brzegiem strumienia. Najważniejsze - pomimo dokładnego penetrowania terenu lampionu brak. Do poszukujących dołącza Radek. Po kolejnych kilku bezowocnych minutach dzwoni do organizatora. Po rozmowie lampion odkrywa nieco bliżej nieopodal określanej czasami w slangu budowniczych tras "granicy kultur". O tym, czy jest tu jakaś ścieżka można by dyskutować. No cóż, nawet najlepszym budowniczym tras zdarzają się wątpliwe punkty. Bez instrukcji ze strony orga, mogliśmy spędzić na poszukiwaniach znacznie więcej czasu. Ja straciłem tu zaledwie 10 minut. PK7 - koniec ścieżki - 13:23 (30).

Jadę na skróty przez las i pola. Spodziewanego skrzyżowania asfaltowych dróg nie zauważam (odchodząca w bok droga to nie był asfalt - tak jest zresztą zaznaczona na mapie). Przestrzeliwuję właściwy skręt. Naprawiam błąd i po chwili jestem już na skrzyżowaniu drogi i znowu suchego rowu. Punktu nie musze szukać, są tu już starsi panowie (chociaż możliwe, że młodsi ode mnie) - uczestnicy trasy rekreacyjnej. PK13 - obniżenie wału - 13:43 (20).

Przede mną to, co lubię najbardziej - asfaltowe drogi. Dalej już nie jest tak dobrze. Polna, mocno piaszczysta droga. Skrzyżowanie z linią wysokiego napięcia, skraj lasu. Gdzieś w tym lasku znajdują się stawy i grobla pomiędzy nimi. Chwilę jadę, później zostawiam rower i ruszam na poszukiwania. Spotykam Anię. Czyż nie widziałem jej wśród organizatorów rajdu? Nie znając trasy mogła wystartować. Wskazuje mi, którymi wydeptanymi w trawie śladami mam dojść do punktu. Nie ma to jak nieoceniona pomoc znajomych. PK14 - grobla - 14:04 (21).

Mój rower średnio nadaje się na kiepskie polne drogi. Wracam na asfalt i jadę nieco okrężnie na punkt przy cmentarzu. Rower pozostaje na dole, ja wspinam się w górę. Róg cmentarza wyznacza drewniana barierka ogrodzenia. PK11 - róg dawnego cmentarza - 14:20 (16).

Dłuży się krótki odcinek leśnej drogi. To najgorszy odcinek dzisiaj pokonanej trasy. Nie dająca się pokonać piaszczysta droga. Równie miękkie piaszczystym trudno przejezdne. Siły wkładane w jazdę nie przekładają się na pokonywany dystans. Zdecydowanie lepiej mi szło tydzień wcześniej na podjazdach w Beskidzie Niskim. Tam przynajmniej były twarde, najczęściej szutrowe drogi. Czujnie kontroluję zjazd w kierunku nieciekawie wyglądającego punktu. Trafiam na niewyraźną leśną drogę na końcu której zostawiam rower. Na wprost mam ten właściwy długi jęzor wału pozostawionego nad żwirowym wyrobiskiem. W najbardziej wysuniętym skraju znajduje się lampion punktu kontrolnego. PK20 - skraj wału - 14:37 (17).

Kolejny, ostatni z 4 punktów umieszczonych w narożnika dość regularnego kwadratu. Tuż po zjeździe z asfaltowej drogi widzę Anię i Elę. Jakiś problem? Problemu nie ma. Po prostu dziewczyny jadą rekreacyjnie krótszą trasę. Muszą zaliczyć tylko 13 punktów. Ja jadąc rekreacyjnie powinienem tych punktów odwiedzić prawie 2 razy tyle. Ruszam zmagać się z kolejną piaszczystą drogą przez las. W odległości 12 mm na mapie czyli po ok. 700 metrach zatrzymuję się i prowadząc rower skręcam w prawo. Jak wielkiego obniżenia mam szukać. Tym razem obniżenie to nie niewielka dziura w lesie. Bardziej wygląda na wąwóz lub bardzo stare, porośnięte lasem wyrobisko. Przy jednym z drzew widzę kilka osób. To nie przypadek, w tym miejscu musi być punkt. Ponownie spotykam znajomych z punktu 13. PK2 - obniżenie terenu - 14:51 (14).

Zaznaczona podwójną linią, a więc w domyśle przejezdna, okazuje się zwykłą w tym lesie piaszczystą dróżką. Zanim osiągnę asfalt, muszę się zmagać z miękkim podłożem przez niemal dwa kilometry. Stąd już blisko do położonego po drugiej jego stronie punktu. Po chwili jazdy asfaltem skręcam w las. Zatrzymuję się w miejscu gdzie stoją oparte o drzewa rowery. Razem z kilkoma bikerami ruszam na poszukiwania. Punkt znajduje się prawie 100 metrów w głębi lasu. Sprawdzam drzewa na skarpie (gdzie spodziewam się punktu). Jeden z towarzyszącym mi zawodników dostrzega wydeptaną ścieżkę w dół i widoczny z daleka lampion. PK6 - wyrobisko - 15:08 (17).

Kiedy wracam do pozostawionego przy leśnej drodze roweru spotykam Pawła, który postanowił dzisiaj ze mną (i nie tylko ze mną) wygrać. Podczas Mordownika i wcześniejszego maratonu Wisła 1200, to ja w niewytłumaczalny dla mnie sposób byłem górą. Dzisiaj o takim scenariuszu nie mogę nawet marzyć. Paweł wygra nie tylko ze mną. Nad drugim na mecie Krystianem i trzecim Radkiem wypracuje półgodzinną przewagę.

Przed osiągnięciem kolejnego celu muszę pokonać dość krótki odcinek, niezbyt dobrze dla mnie przejezdną drogą. Celem jest jedno, jedyne w lesie "charakterystyczne" wg organizatora drzewo. Nie napiszę, że lubię tak mało jednoznaczne punkty. Fakt, że nieodłącznie wzbudzają ciekawość. Nie zawadzi bardzo dokładnie się odmierzyć. Najpierw muszę skręcić w jedną z położonych o kilkadziesiąt metrów od siebie przecinek. Już z daleka widzę charakterystyczną, bo rosnącą na piaszczystym wzgórzu rozłożystą sosnę. Drzewo niewątpliwie jest charakterystyczne, jednak żadnego śladu po punkcie w tym miejscu nie znajduję. Kilkanaście metrów dalej na tak samo wyróżniającym się z otoczenia drzewie widzę lampion. PK19 - charakterystyczne drzewo - 15:27 (19).

Na dzisiaj mam zdecydowanie dość piaszczystych leśnych dróg. Zamiast leśnego skrótu wybieram dwukrotnie dłuższy objazd asfaltem i szutrową drogą. Jadę przez Rossoszycę. Tu w jednym za sklepów uzupełniałem zapasy wody podczas upalnego IT Orientu w Pęczniewie. To oznacza, że wjeżdżam, a właściwie już od pewnego czasu przebywam na terenach wykorzystywanych podczas tamtego rajdu. Przede mną długi odcinek szutrowej drogi. Wiatr chyba nie był tu moim sprzymierzeńcem.

Na przecince prowadzącej do punktu spotykam Ewę i Jarka. Punkt znajduje się na skrzyżowaniu czyli dokładnie w miejscu zgodnym z opisem. Czuję się jakbym wrócił do dawnych dobrych czasów, kiedy to tak oczywiste punkty podczas rajdów na orientację były powszechne. Można było je zaliczać bez wspomagania się linijką i kompasem. Gdybym miał wyrokować to punkt miał się znaleźć na tym terenie ale budowniczy trasy nie mógł tu znaleźć bardziej atrakcyjnego i trudniejszego orientacyjnie miejsca. PK15 - skrzyżowanie przecinek - 15:51 (24).

Wracam i skręcam w upatrzoną wcześniej przecinkę. Las się kończy. Kolejna droga prowadzi pomiędzy otaczającymi ją łąkami. Czas na to by skręcić na te łąki. Wcześniej nie zaszkodzi się dokładnie odmierzyć. Kiedy z oddali widzę ponownie Ewę i Jarka zapominam o pokonanej odległości. Przecież moi znajomi z pewnością wiedzą gdzie jest punkt. Nie wiedzą. Razem z Jarkiem krążę skrajem obszernej polanki. Ewa dzwoni do Michała. W miejscu, w którym się znajdujemy stoi myśliwska ambona. Co z tego jeżeli organizator takiej ambony w pobliżu punktu nie zauważył.

Kiedy dowiaduję się, że zagłębienie w drodze i rów obok polanki to ślady zaznaczonej na mapie strugi wiem, że nie jestem w odpowiednim miejscu. Jadę dalej aż do charakterystycznego ostrego zakrętu drogi na zachód. Wracam. Przecież wg mapy punkt znajduje się mniej więcej w połowie odległości pomiędzy strumykiem a zakrętem. Pierwsze przeszukanie skraju brzozowego lasku nie kończy się powodzeniem. Drugie też nie. Nie daję za wygraną pokonuję wąski pas lasu i znajduję się na właściwej polanie. PK10 - skraj polanki - 16:24 (33). Kiedy opuszczam punkt macham energicznie do Ewy, Jarka i Grzegorza, który właśnie do nich dołączył. Krzyczę i wskazuję gdzie mają szukać lampionu.

Jadąc przez las docieram w nieokreślonym miejscu do drogi przez Józefów-Wiktorów. Jadąc na zachód spotykam równie zdezorientowanych Ewę i Jarka. Od dawna nie spoglądałem na godzinę. Ze zdziwieniem dowiaduję się, że do upływu limitu czasu pozostała tylko godzina. Planowane nieustannie zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych w jednej chwili staje się nieaktualny. Ile punktów uda się jeszcze zaliczyć? Mimo wszystko liczę na zaliczenie kilku kolejnych. Trochę okrężną drogą jadę w kierunku leśnego jeziora. Spotykam równie zdziwionego upływem czasu Grzegorza (znanego w środowisku łódzkich bikerów pod ksywą Aptekarz). Chwilę krążę wokół mokradła zanim spojrzę na mapę i zobaczę z której strony szukać lampionu. PK25 - brzeg jeziorka - 16:53 (29).


Meta. Zdążyłem


Prosta droga przez las. W odległości kilkuset metrów mijam zaliczony wcześniej PK6. Jeszcze rozważam jazdę do bazy przez las i zaliczenie leżącego tuż obok trasy PK12. Wreszcie rozsądek zwycięża. W miejscowości Międźno wyskakuję na asfaltową drogę i jadę, szybko mijając wielu jadących rekreacyjnie zawodników. Ilu z nich zdąży na czas? Piaszczysty dojazd o Ośrodka i jestem na mecie z odnotowanym czasem 7:54:05 czyli na niespełna 6 minut przed limitem. Meta 17:27 (34).

W czasie zawodów pokonałem dystans identyczny jak zwycięzca zawodów. Niestety mnie wystarczyło to do zaliczenia jedynie 21 z 24 punktów. Dlaczego nie wszystkich? Złożyło się na to kilka przyczyn: źle wybrany wariant, zagubienie na początku trasy, wreszcie świadomy wybór lepszych ale dłuższych dróg. Warunki panujące na leśnych drogach z pewnością nie były moim atutem.


X Jubileuszowa OrientAkcja. Czas na prezenty dla organizatorów


Statystyka:

Dystans - 127,8 km
Przewyższenie - 400 m
Czas trasy - 7 godz. 54 min.
Śr. prędkość - 18,9 km/godz.
Max. prędkość - 39,9 km/godz.
Zaliczone punkty 21 z 25
Miejsce 19 z 42

wizualizacja przejazdu na 3drerun



Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 49
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót