.

W dalszym ciągu pechowo


Gravel po łódzku, ed.6, Stare Skoszewy, 16 maja 2026r.


relacje z innych imprez




Na Gravel po Łódzku wracam po trzyletniej przerwie. Gravelowy wyścig na trasie liczącej 200 km, w czasie gdy można przebierać w wielu znacznie dłuższych dystansach, nie jest dla mnie oczywisty. Traktuję go jako próbę rozliczenie się z edycją, podczas której szansę na przyzwoite miejsce pokrzyżowała mi powtarzająca się awaria ogumienia (relacja: Pechowa 13-tka).

Tym razem trasa poprowadzona jest po zupełnie odmiennych terenach. Zamiast leśnych szutrówek na zachód i południowy-zachód od Łodzi, będziemy penetrować tereny po przeciwnej północnej i północno-wschodniej stronie metropolii. Nie zabraknie przejazdu przez napotkane po drodze lasy ale przeważać będą szutrowe i gruntowe, atrakcyjne widokowo drogi prowadzące pomiędzy polami. Przeniesiona została również baza wyścigu z Plichtowa do położonych nieco dalej Starych Skoszew. W ten sposób moja przedstartowa rozgrzewka i dojazd z Łodzi na miejsce startu wydłużył się do ponad 20 km.


Z Damianem przed startem (fot. Tomasz Stachurski)


Na szkolnym placu w Skoszewach kłębi się już tłum rowerzystów. Skąd Mario wytrzasnął tylu nieznanych mi bikerów? Wkrótce okaże się, że nie wszyscy są mi nieznani, a ja jestem znany dla wielu z nich chociażby ze słyszenia. Załatwiam niezbędne formalności przed startem i cierpliwie czekam na godzinę, o której mogę wyruszyć na trasę.

Spokojnie, bez napinki i bez zwracania uwagi na innych ruszam zgodnie z wgranym do GPS-a śladem. Jak to bywa na początkowych fragmentach trasy grupa szybko się rozrywa. Ktoś wyrywa do przodu, ktoś jedzie wolniej i zostaje z tyłu. Niebawem pojawią się zawodnicy, którzy wystartowali później, a sam będę wyprzedzał zawodników wcześniejszych grup.


Gdzieś na początku trasy (fot. Tomasz Stachurski)


Gdzieś na początku trasy (fot. Bartłomiej Senderski)


Przede mną doskonale znane na początku drogi. Przejazd nad autostradą i zjeżdżam na zbudowaną niedawno szutrówkę przecinającą Lasy Janinowskie. Po zaledwie kilku latach widać już pierwsze uszkodzenia, zarysowujące się podłużne pęknięcia. Nie wygląda na to by rowerzyści byli powodem tych zniszczeń. Spartaczone wykonanie, a może zbyt duże obciążenie przez wypakowane drewnem TIRy oczyszczające tereny leśne ze zbędnej roślinności. Nie pierwszy i nie ostatni uśmiech do jednego z kilku czyhających na ładne ujęcie zawodników na trasie fotografa.


Janinowska szutrówka (fot. Przemysław Matyjaszczyk)


Szybki przejazd asfaltową drogą przez Grzmiąca, zamiast bardziej wymagającego, ciekawszego ale mniej gravelowego wzdłuż grzbietu otaczającego wioskę od południa. Tadzin, most nad Mrożycą i asfaltowe luksusy kończą się. Gruntowa droga, wysypany gruzem zakręt i leśny podjazd. Odruchowo zmieniam przełożenia przerzutki nie czując żadnego efektu. Zatrzymuję się rozpoznając przyczynę - zerwana linka.

Pierwsza myśl - 14 km - na powrót do bazy nawet pieszo mam niedaleko. Oczywiście żart. Z tak błahego powodu jeszcze nigdy z zawodów się nie wycofałem. Przez dłuższą chwilę walczę z tym by zawiązać linkę i unieruchomić przerzutkę na środkowej zębatce.W teorii prosta sprawa, w praktyce naprawa przedłuża się. Jeden z kolejnych nieznanych mi zawodników podsuwa pomysł jak to zrobić. Kolejne poprawki i podciąganie linki za pomocą trytytek. Po stracie ponad 20 minut mogę jechać dalej aż do mety. Dopiero po fakcie w serwisie dowiaduję się, że można to było zrobić w ciągu zaledwie kilka minut, przykręcając urwaną linkę do dowolnej śrubki, np. u mnie tej mocującej bagażnik.

Zablokowany na środkowym przełożeniu łańcuch oraz do wyboru duża i mała tarcza, na trasie pozbawionej stromych podjazdów zapewnia względny komfort jazdy.Wkrótce się o tym przekonuję pokonując bez zsiadania z roweru podjazd z głęboko wciętej pomiędzy otaczające ją wzgórza doliny rzeki Mrożycy w kierunku Szymaniszek. Zawsze wydawało mi się, że jest to dość stromy podjazd. Okazuje się, że nawet z długimi ale dość łagodnymi podjazdami na trasie nie mam problemu. Powoli oswajam się z zupełnie dla mnie nową sytuacją. Na początek długi zjazd nienajlepszą polną drogą gdzie ważniejsze od przełożeń są dobre hamulce. Później asfaltówka wzdłuż kolejnej podłódzkiej rzeki Mrogi. Sprzyjający wiatr sprawia, że nie odczuwam braku przełożeń. Twardych przełożeń zabraknie nieco dalej na szybkich polnych szutrówkach.


Tereny rekreacyjne w Lisowicach (fot. Przemysław Matyjaszczyk)


Stromy ale asfaltowy podjazd w Tworzyjankach "wchodzi" bezboleśnie. Przede mną znane tereny rekreacyjne we wsi Lisowice. Mijam robiącego zdjęcia Przemka i na pamięć wspinam się znaną pieszo-rowerowa ścieżką prosto na wzniesienie. Zaraz, rzut oka na ślad pokazuje, że trasa poprowadzona jest w tym miejscu nieco inaczej. Zawracam by naprawić błąd. Widząc nadjeżdżających z tyłu zawodników, czuję się zdezorientowany, cofam się ponownie, zawracam i jadę już za kolejną grupą zawodników. W ferworze walki nie biorę pod uwagę, że spotykam zawodników z krótszej trasy, których trasa przebiega nieco odmiennie. Na nieuwagę orga nie mogę liczyć. Wszystkie ślady, nawet zawodników jadących w ogonie stawki są skrupulatnie sprawdzane. a ja zasłużenie dostaję 15 minut "bonifikaty" dopisanej do czasu w jakim pokonałem trasę.

Opuszczam głębokie doliny rzeczne. W bezpiecznej odległości omijam Koluszki jadąc ścieżką rowerową wytyczoną w śladzie dawnych torów kolejowych. Te prowadziły kiedyś do pobliskiej bazy wojskowej w Regnach. Czujna jazda zawsze jest niezbędna. Narzucającą opcją jest jazda po ścieżce aż do jej końca. Jednak w pewnej chwili jadąc ścieżką opuszczam widoczny na ekranie ślad. Tutaj nie popełniam wcześniejszego błędu i szybko wracam na właściwą trasę, leśną drogę która łagodnie odbiła od rowerowej ścieżki.

Ulubiona przeze mnie leśna szutrówka wyprowadza aż na skraj Węgrzynowic. Tu przyjemność jazdy się kończy, Dalej jadę podrzędną leśną drogą. Nierówności i kawałki gałęzi wymagają dużej uwagi. Przecinka którą prowadzi droga kończy się na skraju lasu stromym podjazdem do wsi Ignacew. Bez kompleksów zsiadam z roweru. Nie jestem tu jedynym. Na ostatniej ściance widać jedynie pojedyncze ślady opon odciśnięte w miękkim podłożu.

Mijam pojedyncze zabudowania, sprawiającej wrażenie zagubionej pomiędzy wzgórzami, wśród lasów i pól, wioski Dzielnica. Wkrótce dotrę na najpiękniejszy dla mnie odcinek trasy. Odkryte polne tereny pomiędzy Głuchowem a Rawą Mazowiecką. Poprowadzone grzbietami wzniesień szutrówki zapewniają bajkowe widoki na położone wokół kolorowe o tej porze roku pola. Położona w pobliżu Rawy farma wiatrowa dodatkowo uatrakcyjnia widokowo przejazd. Pojawiające się gruntowe odcinki polnych dróg nie stanowią utrudnienia. Piaski zostały utwardzone przez padający deszcz.

Mam szczęście. To że kilkanaście minut wcześniej całkiem obficie padało mogę poznać jedynie po efektach. Jadę po zmoczonych szutrach, od czasu do czasu omijając większe kałuże. To czas stracony na naprawę sprawił, że o największej atrakcji/przeszkodzie dzisiejszego wyścigu dowiaduję się dopiero po powrocie na metę.


Powitanie w Rawie Mazowieckiej (fot. Michał Bors)



Pamiątkowa fotka z Antkiem (fot. Michał Bors)


Z niecierpliwością pokonuję ostatnie kilometry dzielące mnie od Rawy Mazowieckiej. To miejsce gdzie mogę spotkać dwóch doskonałych bikerów Michała Borsa z synem. Czy tym razem również oczekują by pozdrowić i dopingować przejeżdżających zawodników. Ponieważ nigdzie się dzisiaj nie śpieszę, zatrzymuję się żeby zamienić kilka słów i załapać na kilka pamiątkowych zdjęcie z Antkiem młodszym z klanu Borsów. Rawa to już tereny odległe i nie dość dokładnie przeze mnie spenetrowane. Wyjątkowo pozytywne wrażenie sprawia na mnie krótki odcinek ścieżki poprowadzonej wzdłuż rzeki Rawka i dalej wzdłuż zalewu. Jakoś wcześniej w to miejsce nie trafiłem.

Wyjeżdżając z doliny Rawki zatrzymuję się, żeby po raz kolejny poprawić poluzowaną linkę. Tak jak wspomniałem wcześniej na prawie płaskiej trasie nie odczuwam niedogodności związanych z brakiem tylnej przerzutki. Chwilami wręcz nachodzą mnie myśli, że może to dla mnie zbędna część roweru.


Stawy rybne nad Krzemionkš - 96 km (fot. dron Przemka)


Kiedy na liczniku widzę pierwsze 100 km czyli osiągnięty półmetek zawodów zaczynam mijać pierwszych jadących wolniej zawodników. Im nawet sprawny rower nie za bardzo jest w stanie pomóc. Jeden z nich proponuje mi zapasową linkę. Dziękuję. Zdaję sobie sprawę, że wymiana linki w terenie nie musi być tak szybka i tak oczywista. Mogę stracić dodatkowe minuty na postoju nie uzyskując pozytywnego efektu. Inny zawodnik (a może ten sam) pyta czy to ja jestem tą legendą. Zgodnie z prawdą stwierdzam, że niektórzy tak właśnie się o mnie wyrażają. "Pozuję" do kolejnego (nie pierwszego i nie ostatniego) dzisiaj wspólnego zdjęcia. Czuję się jak jakaś celebryta. Jeszcze tylko brakuje, że będę musiał rozdawać autografy i pisać dedykacje.

Wkrótce na trasie pojawia się więcej lasów. Znikają szerokie cieszące oczy polne widoki. Jednocześnie na tej części trasy robi się niemal zupełnie płasko. Kiedy przekraczam ekspresową S8 w okolicy Lubochni a później Budziszewice, pojawiają się tereny coraz bardziej znajome i coraz lepiej poznane. Powrót z Budziszewic do Łodzi w najróżniejszych wariantach przerabiałem już nie raz.


Dojazd przed bufetem (fot. Przemek Matyjaszczyk)


Na początek jeszcze przed Budziszewicami zatrzymuję się obowiązkowo na PIT-stopie czyli jedynym bufecie na trasie. Wszystko kusi żeby zatrzymać się tutaj na dłużej. Nie czuję takiej potrzeby. Wystarczy, że zjadam słodką bułkę, kawałek banana i zbyt gorącą na szybkie spożycie kiełbaskę z ogniska. Po ograniczonym do minimum postoju, pozostawiam w tyle naprawdę dużą grupę imprezowiczów, znaczy zawodników. Ilu z nich jedzie długą trasę nie jestem w stanie stwierdzić. "Koszt posiłku" ze wskazań GPS to utracone 7 minut. Jednak uzupełnienie sił na tym etapie trasy był jak najbardziej wskazany.




Szybki posiłek - słodka bułka, kiełbaska z ogniska itp (fot. Przemek Matyjaszczyk)


Kolejne kompleksy leśne. Tu już nic nie może mnie zaskoczyć i nic nie zaskakuje. Las Chrustowski, Las Gałkowski oraz Las Wiączyński skutecznie ochraniają przed niezbyt silnymi podmuchami wiatru.

W Byszewach kończy się najpiękniejsza gravelowa trasa jaką zdołałem poznać. Końcowe kilometry to już zupełna porażka, o której chciałoby się szybko zapomnieć. Zamiast jechać prosto na metę kręcę się zupełnie bez sensu po terenach otaczających bazę wyścigu. Wybór właściwej trasy w plątaninie ścieżek na terenie jakiegoś ośrodka to nie dla mnie. Rozumiem zobowiązania orga względem władz goszczącej nas wioski by pokazać walory tej okolicy. Na mnie podziałało to wręcz odwrotnie. Od czasu zakończenia imprezy tereny Borchówki i Skoszew będę omijał szerokim łukiem.

Trasę Gravela po Łódzku kończę z czasem 11:02 (z +15 minutową bonifikatą) co pozwala zająć 121 pozycję, a jednocześnie wyprzedzić 30 zawodników. Można zauważyć wyraźny progres do roku 2023 kiedy byłem 127.




O! Jest i meta (fot. Bartłomiej Senderski)


Otwartym pozostawiam pytanie co do startu w przyszłym roku. Uznać imprezę za pechową i nie przyjeżdżać, czy wręcz przeciwnie zaryzykować w myśl powiedzenia "do trzech razy sztuka"?




STATYSTYKA

dystans: 202,0 km
czas trasy 10:47(+15)
czas jazdy 10:03
postoje 44 min.
średnia 20,1 km/godz.
Miejce 121

trasa na RWGPS



Krzysztof Wiktorowski nr 72 (wiki)
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót