
.

Tym razem trasa poprowadzona jest po zupełnie odmiennych terenach. Zamiast leśnych szutrówek na zachód i południowy-zachód od Łodzi, będziemy penetrować tereny po przeciwnej północnej i północno-wschodniej stronie metropolii. Nie zabraknie przejazdu przez napotkane po drodze lasy ale przeważać będą szutrowe i gruntowe, atrakcyjne widokowo drogi prowadzące pomiędzy polami. Przeniesiona została również baza wyścigu z Plichtowa do położonych nieco dalej Starych Skoszew. W ten sposób moja przedstartowa rozgrzewka i dojazd z Łodzi na miejsce startu wydłużył się do ponad 20 km.

Spokojnie, bez napinki i bez zwracania uwagi na innych ruszam zgodnie z wgranym do GPS-a śladem. Jak to bywa na początkowych fragmentach trasy grupa szybko się rozrywa. Ktoś wyrywa do przodu, ktoś jedzie wolniej i zostaje z tyłu. Niebawem pojawią się zawodnicy, którzy wystartowali później, a sam będę wyprzedzał zawodników wcześniejszych grup.



Pierwsza myśl - 14 km - na powrót do bazy nawet pieszo mam niedaleko. Oczywiście żart. Z tak błahego powodu jeszcze nigdy z zawodów się nie wycofałem. Przez dłuższą chwilę walczę z tym by zawiązać linkę i unieruchomić przerzutkę na środkowej zębatce.W teorii prosta sprawa, w praktyce naprawa przedłuża się. Jeden z kolejnych nieznanych mi zawodników podsuwa pomysł jak to zrobić. Kolejne poprawki i podciąganie linki za pomocą trytytek. Po stracie ponad 20 minut mogę jechać dalej aż do mety. Dopiero po fakcie w serwisie dowiaduję się, że można to było zrobić w ciągu zaledwie kilka minut, przykręcając urwaną linkę do dowolnej śrubki, np. u mnie tej mocującej bagażnik.
Zablokowany na środkowym przełożeniu łańcuch oraz do wyboru duża i mała tarcza, na trasie pozbawionej stromych podjazdów zapewnia względny komfort jazdy.Wkrótce się o tym przekonuję pokonując bez zsiadania z roweru podjazd z głęboko wciętej pomiędzy otaczające ją wzgórza doliny rzeki Mrożycy w kierunku Szymaniszek. Zawsze wydawało mi się, że jest to dość stromy podjazd. Okazuje się, że nawet z długimi ale dość łagodnymi podjazdami na trasie nie mam problemu. Powoli oswajam się z zupełnie dla mnie nową sytuacją. Na początek długi zjazd nienajlepszą polną drogą gdzie ważniejsze od przełożeń są dobre hamulce. Później asfaltówka wzdłuż kolejnej podłódzkiej rzeki Mrogi. Sprzyjający wiatr sprawia, że nie odczuwam braku przełożeń. Twardych przełożeń zabraknie nieco dalej na szybkich polnych szutrówkach.

Opuszczam głębokie doliny rzeczne. W bezpiecznej odległości omijam Koluszki jadąc ścieżką rowerową wytyczoną w śladzie dawnych torów kolejowych. Te prowadziły kiedyś do pobliskiej bazy wojskowej w Regnach. Czujna jazda zawsze jest niezbędna. Narzucającą opcją jest jazda po ścieżce aż do jej końca. Jednak w pewnej chwili jadąc ścieżką opuszczam widoczny na ekranie ślad. Tutaj nie popełniam wcześniejszego błędu i szybko wracam na właściwą trasę, leśną drogę która łagodnie odbiła od rowerowej ścieżki.
Ulubiona przeze mnie leśna szutrówka wyprowadza aż na skraj Węgrzynowic. Tu przyjemność jazdy się kończy, Dalej jadę podrzędną leśną drogą. Nierówności i kawałki gałęzi wymagają dużej uwagi. Przecinka którą prowadzi droga kończy się na skraju lasu stromym podjazdem do wsi Ignacew. Bez kompleksów zsiadam z roweru. Nie jestem tu jedynym. Na ostatniej ściance widać jedynie pojedyncze ślady opon odciśnięte w miękkim podłożu.
Mijam pojedyncze zabudowania, sprawiającej wrażenie zagubionej pomiędzy wzgórzami, wśród lasów i pól, wioski Dzielnica. Wkrótce dotrę na najpiękniejszy dla mnie odcinek trasy. Odkryte polne tereny pomiędzy Głuchowem a Rawą Mazowiecką. Poprowadzone grzbietami wzniesień szutrówki zapewniają bajkowe widoki na położone wokół kolorowe o tej porze roku pola. Położona w pobliżu Rawy farma wiatrowa dodatkowo uatrakcyjnia widokowo przejazd. Pojawiające się gruntowe odcinki polnych dróg nie stanowią utrudnienia. Piaski zostały utwardzone przez padający deszcz.
Mam szczęście. To że kilkanaście minut wcześniej całkiem obficie padało mogę poznać jedynie po efektach. Jadę po zmoczonych szutrach, od czasu do czasu omijając większe kałuże. To czas stracony na naprawę sprawił, że o największej atrakcji/przeszkodzie dzisiejszego wyścigu dowiaduję się dopiero po powrocie na metę.


Wyjeżdżając z doliny Rawki zatrzymuję się, żeby po raz kolejny poprawić poluzowaną linkę. Tak jak wspomniałem wcześniej na prawie płaskiej trasie nie odczuwam niedogodności związanych z brakiem tylnej przerzutki. Chwilami wręcz nachodzą mnie myśli, że może to dla mnie zbędna część roweru.

Wkrótce na trasie pojawia się więcej lasów. Znikają szerokie cieszące oczy polne widoki. Jednocześnie na tej części trasy robi się niemal zupełnie płasko. Kiedy przekraczam ekspresową S8 w okolicy Lubochni a później Budziszewice, pojawiają się tereny coraz bardziej znajome i coraz lepiej poznane. Powrót z Budziszewic do Łodzi w najróżniejszych wariantach przerabiałem już nie raz.




W Byszewach kończy się najpiękniejsza gravelowa trasa jaką zdołałem poznać. Końcowe kilometry to już zupełna porażka, o której chciałoby się szybko zapomnieć. Zamiast jechać prosto na metę kręcę się zupełnie bez sensu po terenach otaczających bazę wyścigu. Wybór właściwej trasy w plątaninie ścieżek na terenie jakiegoś ośrodka to nie dla mnie. Rozumiem zobowiązania orga względem władz goszczącej nas wioski by pokazać walory tej okolicy. Na mnie podziałało to wręcz odwrotnie. Od czasu zakończenia imprezy tereny Borchówki i Skoszew będę omijał szerokim łukiem.
Trasę Gravela po Łódzku kończę z czasem 11:02 (z +15 minutową bonifikatą) co pozwala zająć 121 pozycję, a jednocześnie wyprzedzić 30 zawodników. Można zauważyć wyraźny progres do roku 2023 kiedy byłem 127.




dystans: 202,0 km
czas trasy 10:47(+15)
czas jazdy 10:03
postoje 44 min.
średnia 20,1 km/godz.
Miejce 121