.

Sport i rekreacja


Carpatia Divide, Ustroń-Muczne, 18 sierpnia 2019 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Jechać czy nie jechać? To pytanie nurtuje mnie przez kilka miesięcy od pojawieniu się informacji o nowym ultramaratonie organizowanym przez Leszka Pachulskiego. Tym razem celem będzie pokonanie polskich Karpat poczynając od Ustronia aż do Mucznego. W zamierzeniu ma to być reaktywacja rozgrywanej dawniej etapowo Transcarpatii. W odróżnienia np. od maratonu Góry MRDP, ta trasa w maksymalnym stopniu omijała będzie wszelkie asfaltowe drogi. Zawirowania organizacyjne, o których nie warto wspominać powodują, że maraton zmienia nazwę na Carpatia Divide.

Wiem, pytanie dotyczące startu było bezzasadne już od samego początku. Chociaż długo sobie tego nie uświadamiam, decyzja zapadła w momencie kiedy zacząłem o tym myśleć. Każdy docierający do mnie argument, który by uzasadniał udział w imprezie staje się bardzo cenny. Z dyskusji, która toczy się na forum podrozerowerowe.info wyłuskuję takie właśnie argumenty. Wigor twierdzi, że można pokonać całą trasę również na grawelu czy trekingu ze stosunkowo cienkimi oponami i tego się trzymam. Sam tego dokonał podczas etapowej wersji tej imprezy.

Nieocenioną inspiracją jest zdjęcie Wilka z rowerem na Rysach. Przecież ja tak wysoko nie będę musiał "wjeżdżać". Podczas CD zaledwie kilka najwyższych szczytów będzie przekraczało 1300 m n.p.m. To, że wysokość dzielącą Rysy od Zakopanego będę musiał pokonać co najmniej kilkanaście razy, to już nieistotny szczegół na który wtedy nie zwracam uwagi. Odczuję go bardzo boleśnie dopiero na trasie.

Po długim oczekiwaniunadchodzi godzina zero. Jeden, drugi pociąg. Odmeldowanie się w bazie maratonu. W ośrodku PrzyWiśle nocuje kilkunastu bikerów w tym Tomek i bracia B znajomi z maratonów na orientację. Późna (jak dla mnie zbyt późna) godzina startu (10) powoduje, że leniwie przygotowujemy się do tego momentu. Jest czas by zamienić chociaż kilka słów ze Zbyszkiem i Krystianem, których nie zobaczę już na trasie i innymi, których spotkanie podczas maratonu jest prawdopodobne. Trwa przegląd sprzętu na którym wystartują obecni na starcie zawodnicy. Zdumienie wzbudza każdy rower nie nadający się do jazdy po górach, grawele, trekingi i inne cuda ze sztywnym widelcem. Wyrazy typu "szacun" słyszę od niejednego zawodnika spotykanego na trasie.


Tomek (Fagetus), Grześ, (Mortifer), Romek

Wreszcie okupowany przez rowerzystów główny plac w Ustroniu pustoszeje. Kolorowy, mocno rozciągający się peleton rusza za policyjnymi pojazdami. Asfaltowa prowadząca w górę uliczka, szutrowa droga. Wreszcie zostajemy puszczeni wolno. Na równej początkowo leśnej dróżce wkrótce pojawiają się kamienie, mokre koleiny. Robi się coraz bardziej stromo. Niektórzy wymijają mnie i ambitnie jadą nie zsiadając z rowerów, inni zmieniają się w piechurów i równie ambitnie pchają rowery pod górę. Wkrótce jadą tylko nieliczni. Słychać głosy przypominające o tym, że wg organizatora tylko 1% trasy ma być nieprzejezdne. Już po osiągnięciu najbliższego szczytu większość uczestników ten limit będzie miało wyczerpany.

Każdy podjazd musi kiedyś się skończyć. Ostatnie drzewa znikają, a na ich miejsce pojawiają się bezdrzewne szczytowe polany. Pofalowany grzbiet. Niewielkie podjazdy i następujące po nich zjazdy. Na każdym wzniesieniu mijam odpoczywających zawodników. Ten widok to zaprzeczenie efektywnej jazdy każdego ultramaratonu. Przecież równie dobrze odpoczywa się podczas zjazdu. A może to ja się czepiam, a stojący zawodnicy napawają się rozległymi widokami na okoliczne wzniesienia i położone w dolinach miasteczka?


Wkrótce jadą tylko nieliczni

Jeden z kolejnych podjazdów kończy się na najwyższym wzniesieniu. Pierwszy cel - Wielka Czantoria (990 m) osiągnięty. Robiony na świeżo stosunkowo krótki podjazd zajmuje prawie 1,5 godziny. (Dystans od startu 10 km, przewyższenia ok. 300-350m). Mijam kolejnych uczestników Carpatii, którzy zatrzymali się przy znajdującym się przy szczycie barze.

Pierwszy poważniejszy zjazd na trasie rozpoczyna się dość łagodnie opadającą wydeptaną przez turystów ścieżką wśród trawiastych hal. Później nachylenie wzrasta, pojawia się coraz większe kamory. To dopiero początek, dłonie nie są jeszcze zmasakrowane więc pomimo tego, że trzęsie niemiłosiernie jadę tak długo jak tylko się da. Kiedy zjazd robi się niepewny i niebezpieczny biorę przykład z zawodników mających sprzęt bardziej dostosowany do górskich zjazdów i sprowadzam rower. Minie niewiele czasu, gdy kolejne nawet dużo łagodniejsze zjazdy będę pokonywał pieszo.

Jazda góra-dół. Zdobywam Stożek – kolejny warty odnotowania szczyt. Jeszcze trochę i na ich nazwy nie będę nawet zwracał uwagi. Mijam bary, przy której odpoczywają szybsi ode mnie bikerzy. Przełęcz Kubalonka zdobywam z nietypowej dla rowerzystów strony zjeżdżając z grani, a nie męcząc się na długim asfaltowym podjeździe.

Mniej wymagający odcinek trasy. Więcej jadę, mniej idę prowadząc rower. Kilka kilometrów równej asfaltowej drogi za przełęczą, pozwala nieco odsapnąć przed powrotem na górskie ścieżki i drogi. Po chwili na dłużej opuszczam zalesione grzbiety. Pojawiają się rozległe nieprzesłaniane przez drzewa widoki. Wąską, twardą drogą między polami zjeżdżam do Koniakowa. Przede mną niepozorny pagórek z widocznym na szczycie masztem. Jeszcze nie wiem, że tamtędy prowadzi trasa. Zjeżdżam z asfaltowej drogi. Ostatni odcinek podjazdu z betonowych płyt pokonuję prowadząc rower. Ten "niepozorny" pagórek to wysoka na prawie 800 m Ochodzita. Zdobywanie jej z przeciwnej strony byłoby prawdziwym wyzwaniem.

Na szczycie czeka już na zawodników ekipa fotoreporterów. Szybki zjazd w dół. Leszek, ktory robi zdjęcia twierdzi, że zjeżdżałem w szalonym tempie pomiędzy pierzchającymi na boki dzieciakmi. Na mecie pokazuje nawet zrobione w tym miejscu zdjęcia. Kto by tam wierzył w bajdurzenie robiącego fotki faceta. Niżej robi się już bardziej stromo i muszę zwolnić mocno trzymając za hamulce.

Z niepokojem rozglądam się za spontanicznie zorganizowanym punktem żywnościowym (ściślej wodopojem). Wg deklaracji Grzesia powinien być gdzieś na tym odcinku trasy. Gdzie znajduje się jego miejsce/miejscowość Rachowiec?

Tunelem mijam drogę szybkiego ruchu i zaczynam bardzo upierdliwy asfaltowy podjazd. Jednostajnie wznosząca się droga. Nachylenie jest na tyle duże, że psuje przyjemność z jazdy, a jednocześnie na tyle małe, że nie warto zsiadać z roweru. Całość tej męki uzupełnia nienajnowszy, kruszący się miejscami asfalt. Wlokę się z szybkością 5-8 km/godz. Chociaż to zaledwie kilka kilometrów mam wrażenie, że ta droga nie ma końca. Kiedy wreszcie znajdę się w jej najwyższym punkcie? Pewną nadzieję i ochotę do dalszych zmagań wzbudza mały napis na którejś z mijanych tabliczek – Rachowiec.

To musi być już niedaleko. Jadę z nadzieją na czekającą nagrodę. Jest. Zjeżdżam na pobocze. Kawałek arbuza, woda do bidonu, nawadnianie organizmu. Po znajomości załapuję się na ostatnią butelkę bezalkoholowego piwa. Grześ ratuje mnie też ofiarowując zamknięcie do bidonu, które uszkodziłem kilka kilometrów wcześniej. Chwila rozmowy i ruszam dalej. To dobry moment by wyprzedzić kilka osób, które w barze obok zatrzymały się na posiłek.

Na takim maratonie jak Carpatia Divide wszystko co dobre musi się szybko skończyć. Kończą się odkryte tereny, kończy asfaltowa droga przez Rycerkę Górną, właściwie to droga biegnie dalej ale my kończymy jazdę tą drogą. Zauroczony asfaltem w ostatniej chwili zauważam, że trzeba skręcić. Tu zaczyna się szlak prowadzący w kierunku położonego ponad 450 m wyżej schroniska Wielka Racza, położonego obok szczytu o tej samej nazwie.


Łagodnie wznosząca się, trawersująca zbocza gór droga

Próba jazdy kończy się już na samym początku szlaku. Łagodnie wznosząca się, trawersująca zbocza gór droga pokryta jest drobnymi kamieniami uniemożliwiającymi jazdę większości zawodników. Przez dłuższą chwilę prowadzę rower razem z Romkiem. Gdy w połowie podejścia na chwilę wypłaszcza się, schodząca z góry turystka zachęca: „tu jeszcze można jechać, dalej już wszyscy prowadzą rowery”. Nie korzystamy z tej propozycji. Podobno większość trasy przejechało tylko 4 zawodników. Romek, który na mecie zamelduje się jako 8, a tym bardziej ja nie należymy do tej grupy. Pokonanie ok. 4 km podejścia i 450 m przewyższeń zajmuje mi ponad 1,5 godziny. Romek pokonuje ten dystans nieco szybciej.

Niby teraz powinno być łatwiej. Przecież osiągam najwyższe wzniesienie w tym paśmie i będę przemieszczał się jego grzbietem. Długiego pchania na razie nie będzie. Podjazdy przerywane są zjazdami. Szeroką ścieżkę prowadzącą w górę do schroniska zastępuje kręta, miejscami błotnista, poprzerastana korzeniami, rozdeptana przez piechurów wąska ścieżynka. Często nawet sprawna ekwilibrystyka nie wystarcza by utrzymać się w pionie. Wiele odcinków, chociażby dla bezpieczeństwa trzeba pokonać z buta.

Gdzieś dalej na jednym z podjazdów (prawdopodobnie w okolicach Jaworzynki) na trasie pojawia się intruz. Jedzie z przodu, goniąc jakiegoś zawodnika, zawraca jedzie obok innego. Wreszcie zjawia się tuż obok mnie. Wtedy zasypuje mnie pytaniami i oczekuje odpowiedzi. Dopiero teraz zaskakuję - przecież to Łuki, który filmuje zawodników przyczepioną do kasku kamerą. Równie niespodziewanie jak nasze spotkanie się zaczęło tak szybko się kończy. Przecież z tyłu nadjeżdżają kolejni uczestnicy, których trzeba sfilmować. Jak zakończył się mój casting? Nie sądzę, że wypadłem na tyle dobrze by wygrać swoje 5 sekund w filmie, który powstanie po imprezie. Oczywiście takie harce "kamerzysty" na trasie były możliwe przy jeździe pojazdem wspomaganym elektrycznie.

Ostatni i (chyba) jedyny raz spotkałem Łukiego kilkanaście lat temu podczas maratonu MTB w Bydgoszczy (2003), ostatniego takiego maratonu na dystansie GIGA - 200 km. Ponieważ moja filozofia jazdy rowerem, wybór sprzętu i ubioru niewiele się od tego czasu zmieniły warto zacytować jak Łuki skomentował mój udział w tamtym maratonie.

"Jakieś 5 kilometrów przed Chełmnem zobaczyłem scenę (...) Ścieżką przez las szedł, a właściwie biegł w przeciwnym kierunku dość dziwnie ubrany człowiek. Miał typowy strój grzybiarza (adidasy sztruksowe spodnie i koszula w kratkę), ale na głowie kask. Kawałek dalej leżał przy drodze rower z numerem startowym. (...).

I dalej na trasie:

"I właśnie tam doszedł mnie ten człowiek na srebrnym trekingu (...) Błotniki, sakwy, a na bagażniku zwinięty w kłębek polar (...) Wyprzedził mnie na tych czarnych szutrach przed lasem. Potem na piaskach przegoniłem go. Ale jak skończył się piasek, to odjechał do przodu i zniknął. To była najlepsza ilustracja hasła "to nie iXTeeRy napędzają rowery".

Mijam Piotrka i Pawła objadających się jagodami. Nie daję się namówić na tą przekąskę. Powoli zbliża się zmierzch. W lesie robi się już ciemno. Może warto coś zjeść przed planowaną nocną jazdą. Tabliczki kierują mnie w kierunku Schroniska na Przegibku. Jest tu już sporo naszych. Niektórzy zatrzymają się tutaj na nocleg, inni tylko po to, by tak jak ja, zjeść coś gorącego. O ile mnie pamięć nie myli na moich talerzach pojawia się żurek i pierogi z mięsem. Dopiero w tym momencie poczułem jak jestem głodny.

Jeszcze tylko montaż oświetlenia, wzmocnienie urwanego bagażników za pomocą zipów czy jak kto woli trytytek. Mogę jechać dalej. Tylko w którą stronę mam jechać. W Germinie nie widzę śladu trasy. Pomaga mi, aczkolwiek niechętnie Łuki, który w schronisku spędzi najbliższą noc. Czy podpada to pod niedozwoloną pomoc z zewnątrz? W świetle dalszych wydarzeń nie ma to już najmniejszego znaczenia.

Wkrótce ślad w GPS-ie się odnajduje. To moja podświadomość zepchnęła mnie z trasy w kierunku schroniska. Pojechałem tam nie zważając na wskazania nawigacji. Trasa omijała to miejsce o kilkaset metrów. Wkrótce wracam na szlak na granicy Polska-Słowacja. Przy panujących ciemnościach coraz częściej prowadzę rower.

Przede mną clou programu. Numer dnia. Wielka Rycerzowa (1226 m). Pokonując ten szczyt pieszo najlepiej wdrapywać się po skałka na 4 "łapach". Z rowerem? Próbuję wpychać do góry zatrzymując się co kilka/ kilkanaście metrów by uspokoić oddech. Rower służy wtedy jako podparcie. Ciemności? Można powiedzieć, że pomagają. Nie widać całości podejścia. Ciągle mam nadzieję, że to już ostatni fragment. Na szczycie jestem ok. godz. 22. Dorobek mijającego dnia jest bardzo skromy, to zaledwie 84-85 km z ponad 600 km trasy.

Wkrótce zjeżdżam na skraj rozległej łąki. Poniżej widać zawodników jadących przede mną. Kolejne i to liczne czerwone światełka znajdują się tuż obok Bacówki PTTK na Rycerzowej. Nielicznym udaje się znaleźć w tym niewielkim obiekcie nocleg. Inni muszą spać przed budynkiem lub zjechać do niżej położonych miejscowości. Nie mam tego problemu. Dzisiejszą noc zgodnie z planem spędzę na rowerze, a częściej z rowerem.

Przede mną ten przyjemniejszy fragment trasy. Bardzo długi zjazd. W ciagu niespełna godziny utracę ok. 600 m wysokości (Bacówka - 1120 - dolina 500 m n.p.m.). Soblówka-Ujasoły-Rajcza. Asfaltowa droga. 30-40 km/godz. Stopniowo tracę ciepło. Zamarzam. Zjazd przestaje być przyjemnością. Zatrzymuję się. Zakładam cały zapas ubrań.

Los jest przewrotny. Teraz marzę o jednym - kiedy wreszcie zacznie się jakiś podjazd i będę mógł się rozgrzać? Za chwilę zacznie się żmudne odzyskiwanie wysokości. Asfaltowa, gruntowa droga. Jazda, pchanie roweru. Wreszcie coraz bardziej stroma droga prowadząca położonej na skraju lasu posiadłości. Ten podjazd wysypany jest tłuczniem, bardzo grubym tłuczniem. Tutaj nawet prowadzenie roweru staje się problemem. Na skraju lasu, w rogu posiadłości, jest widoczna z oddali podświetlona drewniana figura.

Miejsce to zapadło mi w pamięci, bo straciłem tu trochę czasu by rozkminić dalszą trasę. Niewyraźny pieszy szlak. Nieprecyzyjne wskazania GPS-a nie ułatwiają zadania. Którędy jechać? Dopiero po kilkudziesięciu metrach można stwierdzić, że jednak nie tędy. Za trzecim razem trafiam na właściwy trop.

Wąska ścieżka trawersująca górskie porośnięte lasem zbocza. Jest wąsko i nierówno. W dzień mógbym próbować pokonać niektóre odcinki jadąc rowerem. W nocy ciągłe zsiadanie z roweru wydaje się bardziej uciążliwe od prowadzenia roweru. Przedzieram się omijając rosnące na skraju ścieżki krzaki, przez wdzierające się na szlak chwasty i pochylające nad ścieżką wysokie kępy traw. Gdzie ja jestem? Dlaczego górskie szczyty znajdują się po mojej lewej a nie, jak to zwykle w nadgranicznych górach po prawej mojej stronie? Jak daleko mam do najbliższej cywilizacji czy chociażby szerszej, przejezdnej drogi? Te nurtujące mnie pytania muszą przez prawie 2 godziny pozostać bez odpowiedzi. Skrupulatnie opracowane notatki na temat trasy wyfrunęły na samym początku imprezy - podczas zjazdu z Czantorii. Po prawie 5 km pokonuję najbardziej upierdliwy fragment szlaku.

Na chwilę pojawiają się przychylniejsze do jazdy/prowadzenia roweru drogi. Ta chwila trwa wyjątkowo krótko. Przede mną pojawia się kolejna droga usłana kamorami. Nie wiadomo, czy lepiej wpychać czy może ciągnąć rower. Do trudności jakiemu towarzyszy każdy podjazd, dochodzi opór stawiany gdy koło trafia na 10 cm głaz. Tu prędkość oscyluje w granicach 2 km/godz. Poznaję nowy rodzaj bólu. Na stromych kamienistych zjazdach bolą nadgarstki i przedramiona. Na stromych wypychach, ból przesuwa się w górę i najbardziej odczuwalne są barki i ramiona.

Wreszcie osiągam drogę trawersującą Rysiankę. Chwila jazdy rowerem. Czas na złapanie oddechu szybko się kończy. Przede mną prowadzący wzdłuż granicy główny beskidzki szlak. To nie jest szlak rowerowy. Beskidzka grań to wznosi się osiągając kolejny szczyt, to opada w dół do kolejnej przełęczy. Przy odrobinie uwagi można zjeźdżać. Pojawiają się rozlane na całą szerokość bezdrzewnego granicznego pasa bagniska. Kiedy próbuję ominąć jedno z nich w najwęższym wydawałoby się bezpiecznym miejscu, koło głęboko zapada się a ja wykonuję salto przez kierownicę. Upadek amortyzuje mięsiste błoto w którym zapada się jedno z kolan. Zupełnie nieświadomy tego faktu przejeżdżam przez najwyższy punkt na trasie Carpatii - szczyt Palenica (1338). Niewiele dalej trawersuję Munczolik o zbliżonej wysokości.

Minęła godzina 5 i powoli rozjaśnia się. Korzystając z okazji - obok szlaku spotykam stół i ławy, miejsce odpoczynku dla turystów – zatrzymuję się. Czas na demontaż oświetlenia i posiłek. Wzmacniam zipami bagażnik, który stracił swą funkcjonalność z przeciwnej strony.

Wymagająca górska trasa domaga się ofiar w postaci awarii sprzętu, z których mój bagażnik jest najmniej istotny. Pawłowi kamień przecina linkę hamulca. Ktoś inny ma uszkodzoną przerzutkę. Przykłady można by mnożyć. Wszystkich przebija chłopak, któremu udaje się połamać całkiem nową ramę. To prawie nieprawdopodobne ale gość dociera na metę. Firma, której nazwy tu nie wymienię, z własnej woli - o fakcie dowiadują się z mediów społecznościowych - wysyła ramę/rower do odebrania w Krynicy. Zawodnik po pokonaniu pieszo pasma Beskidu Sądeckiego wsiada na naprawiony rower i jako jeden z ostatnich (i to w limicie czasu) dociera na metę w Mucznem. Ofiary w ludziach? Najgroźniejsze zdarzenia miały miejsce na asfaltach więc trudno je wiązać bezpośrednio z górską trasą. Równie dobrze mogłyby się zdarzyć podczas ultramaratonu szosowego.


na rozległej polanie ukazuje się schronisko moloch

Zjeżdżam z granicznego szlaku. Niby powinno być łatwiej bo droga systematycznie opada w dół. Nie jest. Zmagam się z porośniętymi trawą, podmokłymi łąkami. W wielu miejscach trzeba zsiąść z roweru by przeskoczyć wypełnione wodą zagłębienia. Jeszcze chwila męczarni i na rozległej polanie ukazuje się moloch - ogromne Schronisko na Hali Myziowej. Wyobrażam sobie, że w tym i wcześniejszych schroniskach i agroturystykach właśnie teraz (jest godz. 6) uczestnicy Carpatia Divide budzą się i szykują do dalszej drogi. Z przodu pewnie jest tylko kilkanaście osób, które tak jak ja poświęcili noc na jazdę lub jechali dużo szybciej i spali na dalszym odcinku trasy. W ciągu dnia stopniowo będzie mnie mijało prawie 20 bikerów.

Zjeżdżając niezbyt równym szlakiem do Korbielowa, w krótkim czasie tracę 650 metrów wysokości. Pomimo, że wzniesienia za miasteczkiem są znacznie niższe, część z utraconej wysokości trzeba będzie wkrótce odzyskać. Zapowiada się nieźle. Śladem dawnej drogi prowadzi wyremontowana ścieżka rowerowa o równej nawierzchni. Mnie udaje się pokonać mniej więcej połowę prowadzącego na graniczną grań podjazdu. Dalej pozostaje wypych po przerastającej moje możliwości stromiźnie. Zazdroszczę innym zawodnikom jednego: przełożenia umożliwiającego jazdę w takich warunkach. Posiadając z tyłu tryb z 50 zębami można wjechać niemal wszędzie.

Po króciutkiej przygodzie z granicznym szlakiem zjeżdżam na słowacką stronę. Po leśnej asfaltowej drodze spaceruje wielu, w większości polskich turystów. W czasie powrotu na polską stronę, niedaleko od granicy mija 24 godzina spędzona na trasie. Ilość pokonanych w tym czasie kilometrów (144,8) oraz średnia prędkość (7,4 km/godz.) nie są imponujące.

Statystyka (1 doba):
dystans - 144,8 km
czas ruchu - 19 godz. 29 min.
v średnia 7,43 km/godz
v max - 56,6 km/godz.


2 doba

Już na słowackiej stronie rozpoczyna się rowerowy singletrack prowadzący w kierunku granicy. Tu na miłośników górskich zjazdów czeka cała infractruktura rowerowa, sieć takich ścieżek o różnym nachyleniu i stopniu trudności, tworzonych we współpracy dwóch nadgranicznych gmin o nazwie Babia Góra Trails. Jedną z takich ścieżek będę teraz zjeżdżał w kierunku prowadzącej doliną drogi. Zjazd na trekkingu krętą ścieżką lawirującą pomiędzy drzewami nie jest najłatwiejszym zadaniem. Trzeba bardzo uważać na każdym zakręcie, mocno ściskając hamulce. Nieco niżej wydłużają się proste odcinki ścieżki, wreszcie pojawia się szutrowa, a dalej asfaltowa droga doprowadzona do najwyżej położonych zabudowań.

Zjeżdżam w dół doliny i skręcam obok ośrodka m.in. obsługującego korzystających z singletracków rowerzystów. Zbliża się godzina 12:00. Widząc porośnięty niską trawą placyk, zatrzymuję się na pierwszą od startu drzemkę. Nie czuję jeszcze zmęczenia i senności ale emocje związane z trudnym dla mnie zjazdem robią swoje. Być może dalej, gdy ponownie wjadę w las, nie znajdę szybko równie przyjaznego miejsca pozwalającego rozłożyć śpiwór. Któryś z trenujacych na "singlach" bikerów zatrzymuje się pytając czy nie potrzebuję pomocy.

Po godzinie jestem gotowy do dalszej jazdy. Przede mną wredny, bo prowadzący jednostajnie w górę kilkukilometrowy singletrack. Nachylenie jest niewielkie ale nawet przez chwilę ścieżka nie zmienia swojego nachylenia i nie daje złapać oddechu. Wreszcie czas na zjazd. Klocki hamulcowe są już na wykończeniu. Najtrudnejszy krótki odcinek zjazdu odpuszczam sobie prowadząc rower.

Odpoczynek podczas jazdy asfaltową prowadzącą doliną drogą? Nie tak szybko. Na nagrodę trzeba mocno zapracować. Przede mną kilkukilometrowy podjazd na przełęcz Kubalonka. Z tej strony nigdy go nie pokonywałem. Zaciskam zęby, asfaltu tak łatwo nie odpuszczę. Muszę tę przeszkodę pokonać w całości jadąc rowerem. Wlokę się z szybkością wyścigowego żółwia, Jeden zakręt, kolejny. Z nadzieją pokonuję każdą kolejną serpentynkę. Nie zatrzymuję się ani na chwilę, na realizację bonusu i odpoczynek przyjdzie pora podczas zjazdu.


Podłoże nieustnnie się zmieniało. Na nieprzejezdnych odcinkach nawet nie myślałem, żeby wyciągać aparat.

Przyjemność szybkiego zjazdu kończy się wyjątkowo szybko. Zaraz muszę skręcać w prowadzącą przez pola drogę. Chociaż spektakularne podjazdy na razie się skończyły, a jak na warunki CD jest niemal płasko, przejazd tym odcinkiem daje się we znaki. Wjedżam w las z głęboko przeoraną ciężkim sprzętem drogą. Koleiny wcinają się w teren na metrową głębokość. Trzeba szukać objazdu innymi podmokłymi dróżkami, ścieżkami czy po prostu lasem. Łąki przeplatają się z lasami, ślad skręca to w jedną to drugą stronę a ja mam wrażenie, że krążę w kółko. Wreszcie ostatni odcinek, polna droga prowadząca prosto w kierunku doliny.

Kiedy cel jest już na wyciągnięcie ręki, zupełnie bez ostrzeżenia z niepozornie wyglądającej chmurki zaczyna intensywnie padać. Szybko wyciągam kawałek foliowej płachty i tak chroniony zjeżdżam do pobliskiej miejscowość Podwilk. Czas na chwilę oddechu i rozważania: co dalej? Jechać czy czekać aż do skutku? Opady wyglądają na przelotne. Czas bezczynności wykorzystuję na telefon do żony. Sytuacja na trasie? Tuż za mną na trasie znajduje się Piotrek. Czyżby ulewa zastała go w lesie? To prawie niemożliwe ale jadąc 20-30 minut z tylu ominął to co najgorsze.

Pół godziny wystarcza by opaddy zelżały. Zakładam przeciwdeszczowe ubranko i ruszamy na poszukiwania. To ostatnia dzisiaj miejscowość na trasie. Tak więc ostatni szansa na uzupełnienie zapasów. Mamy szczęście, sklep znajduje się kilkadziesiąt metrów dalej. Dzień dzisiejszy stoi pod znakiem suchego prowiantu.

Przestaje padać. Napojeni i najedzeni ruszamy do przodu. Przed nami przyjemniejszy fragment. Po pokonaniu niewielkiego grzbietu pojawia sie asfalt i robi się płasko. Nawet niewielki leśny fragment nie utrudnia jazdy. Wreszcie jest ścieżka poprowadzona śladem dawnych torów kolejowych. Za propozycję wspólnej jazdy muszę podziękować. To nie jest moje tempo.

Piotrek znając te tereny i współpracujący z wydawnictwem Compass przy aktualizacji map, wspomina o kilku wiatach które znajdują się w pobliżu. Na nocleg wybieram tę, która znajduje się tuż obok granicy. Jest to wybór najgorszy z możliwych. Stoły i ławy przyśróbowane do podłoża znajdują się na zewnątrz. Wewnątrz tylko betonowa posadzka. Wiatr dodatkowo wychładza. Po 2,5 godzinnej drzemce jestem tak przemarznięty, że nie pozostaje nic innego jak dalsza

Miajm opustoszałe słowackie miasteczko i łagodnie zaczynam się wspinać się. Wkrótce wysypana gruzem droga kończy się i jadę porastającymi zbocze podmokłymi łąkami. Miejscami pokonuję wypełnione wodą zagłębienia terenu. Pilnie śledzę widoczny w Garminie ślad. Nie wszędzie przebieg ledwie zaznaczonych na trawie dróg jest oczywisty. Z niecierpliwością czekam na najwyższy punkt wzniesienia i bardziej twardy grunt pod kołami. Mam też nadzieję na zjazd przez las normalną bardziej twardą drogą.

Wjeżdżam na rozległe, płaskie wzniesienie Magury Witowskiej. Nie mam nawet szansy by rozpoznać nawyższy jego punkt. Błoto, zalana wodą droga. Ta droga przejezdna jest tylko podczas długotrwałej suszy. Dzisiaj swoje pięć groszy dołożyła ulewa. Ta sama, która dorwała mnie w dolinie. Prowadzę rower próbując, o ile tylko się da, ominąć najbardziej podmokłe miejsca. Z nadzieją spoglądam na zaryglowane drewniane szopy. Chyba nie ma szans by któraś z nich była otwarta. Była, Piotrek znalazł taką i spędził w niej noc. Widzę światełka rozbłyskujące na myśliwskiej ambonie. Ktoś wykorzystał ten obiekt jako wygodną sypialnię.

Nadzieja na lepszy zjazd szybko pryska. Sprowadzam rower drogą poprzecinaną koleinami, którymi spływa woda. Kiedy las rzednie, w dole widzę światełka. Miasteczko, to odległy cel na dzisiejszą noc. Klocki hamulcowe powoli kończą swój żywot. Pojawiają się betonowe płyty po którym można by ostrożnie zjeżdżać a ja nie mam ochoty (to błąd) w tych warunkach podciągnąć linki hamulcowe. Trzymając ciągnący mnie w dół rower poznaję kolejny rodzaj bólu. Tym razem bolą mnie barki i nie pierwszej młodości kręgosłup.

Kiedy kończy się betonowy zjazd, pojawiają się zupełnie płaskie uliczki Witowa. Tak z kronikarskiego obowiązku pokonanie ok. 7-8 km przez Magurę Witowską zajmuje mi 3 godziny. Jadę uliczkami rozglądając się za najbliższą wiatą. Zakładam wszystko co mam do ubrania, owijam się śpiworem i siedząc, drzemię aż do rana. Budzi mnie narastający chłód. Temperatura spadła do 5-6 st. C. Pięć godzin drzemki musi na razie wystarczyć. Pakuję się i ruszam na trasę.


Fantastyczne widoki wynagradzają wszelkie dotychczasowe trudy

Wczesna pobudka się opłaca. Jadę prowadzącą grzbietem, pomiędzy łąkami i polami, gruntową drogą. Fantastyczne widoki w świetle ledwie wznoszącego się w górę słońca wynagradzają wszelkie dotychczasowe trudy. W tym miejscu jestem o najbardziej odpowiedniej porze dnia. Nie rozpoznaję którą część Tatr, innych górskich pasm i położonych poniżej dolin widzę. Widoki robią niezapomniane wrażenie.

Dalej jadę już asfaltową drogą i mam wrażenie, że nic nieprzyjemnego już mnie dzisiaj (przynajmniej przed dojazdem do Zakopanego) nie czeka. Złudna nadzieja, budowniczy trasy zadbał byśmy się za bardzo nie nudzili. Butorowy Wierch. Tu zjeżdżamy z asfaltu a ślad prowadzi prosto w dół. Szlak pieszy, wąska ścieżka leśnym zboczem - drzewa, korzenie, uskoki. Tu jest zbyt stromo, zbyt nierówno, zbyt niebezpiecznie. Nawet przez chwilę nie myślę, żeby wsiąść na rower. Plotki mówią, że zwycięzca Carpatii - Zbyszek nawet na moment nie zsiadł tu z roweru. Mnie niewiele ponad kilometr szlaku mocno daje się we znaki.

Kolejny odcinek trasy to argument dla tych, którzy na mecie narzekali (byli tacy), że asfaltów na Carpatii było zdecydowanie zbyt dużo. Zjeżdżam do głównej prowadzącej do Zakopanego drogi. Mam szczęście. Jestem tutaj na tyle wcześnie, że ruch samochodowy nie jest szczególnie dotkliwy. Podobnie luźno jest podczas przejazdu pod szykującą się do letnich zawodów Wielką Krokwią. W planach była wizyta w sklepie. Nie jest to na tyle pilne, więc nie rozglądam się zbyt uważnie i w końcu odkładam to na późniejszą część trasy. Nieoczekiwany objazd całkowicie rozkopanego skrzyżowania i opuszczam zupełnie zbędny na terenowej trasie przejazd przez miasto. Na jednym ze zjazdów pomiędzy Zakopanem a polaną Głodówka kończy się druga doba maratonu.

Statystyka (2 doba):
dystans 111,4 km
czas ruchu 12 godz. 36 min.
v średnia 8,84 km/godz.

dystans - 256,2
czas ruchu - 32 godz. 05 min.
średnia 7,98 km/godz
max - 58,2 km/godz

3 doba

Ruch samochodowy wzrasta. Mam wrażenie, ze wszyscy turyści, którzy nie wybrali się na konkurs skoków, wsiadają w samochody i jadą by pochodzić po górach. Sznury zaparkowanych na poboczu aut stoją przy wylocie każdego górskiego szlaku. Mijając je i przeciskając się w tworzących się na drogach korkach trzeba zachować maksimum ostrożności. Policja pilnuje drogi w kierunku Łysej Polany i Morskiego Oka. Tam, parkingi są już zapełnione.

Jeszcze jeden podjazd i planowany od początku dnia posiłek w znanym doskonale Schronisku Górskim - Głodówka. To miejsce w którym kończył się Maraton Północ-Południe i w którym znajdował się półmetek Maratonu Rowerowego Dookoła Polski. Jadę uważnie rozglądając się. Pomimo tego, nie zauważam zjazdu do schroniska i ukrytego kilkadziesiąt metrów od szosy obiektu. Czyżbym jechał przez Głodówkę inną drogą? Czyżby czekał mnie kolejny dzień z suchą karmą?


Pogoda się nieco psuje

Mijam Polanę Głodówka a GPS wskazuje, że już czas zakończyć 30 kilometrowe ubijanie asfaltów. Skręcam w opadającą w dół gruntową drogę. Wjeżdżam na odkryte, bardziej widokowe tereny. Pogoda się nieco psuje. Zamiast wspaniałego widoku na rozświetlone słońcem Tatry widzę czarne ponure szczyty. Zurbanizowane pogórze. Mijam wioski z asfaltowymi drogami by po chwili znów jechać prowadzącymi między polami i łąkami dróżkami. Szybko zjeżdżam w dolinę rzeki Białki. Uzupełniam zapasy w jednym z napotkanych sklepów.

Czas na mozolne odzyskiwanie wysokości. Chociaż na znaną ultramaratończykom przełęcz nad Łapszanką będę zjeżdżał z pobliskiego grzbietu (a nie podjeżdżał jak np. w czasie MPP), to wcześniejszego podjazdu nie da się przecież uniknąć. Jadę asfaltową drogą przez Rzepiska. Na najbardziej stromym fragmencie podjazdu biorę przykład z zawodnika, który mnie wyprzedził chwilę wcześniej i prowadzę rower. Górą trasa prowadzi gruntową, miejscami podmokłą drogą.


Górą trasa prowadzi gruntową, miejscami podmokłą drogą

Po kilku kilometrach od Łapszanki wjezdżam na rozległe leśne tereny. Ślad dokładnie pokrywa się z niebieskim szlakiem pieszym. Raz jest gorzej, raz lepiej ale ogólnie szlak jest przejezdny nawet dla mnie. Najgorzej jest gdy do jazdy zachęcają szybkie szutrowe zjazdy. W takiej sytuacji trudno patrzeć pod koła i jednocześnie obserwować ślad. Łatwo przegapić skręt w mniej przejezdny las. Raz czeka mnie w ten sposób kilkusetmetrowy powrót. Gdzieś po drodze na przeszkodzie staje niewielka rzeka. Nie odważam się pokonać kamienistego brodu rowerem. Przeskakując z kamienia na kamień udaje mi się przedostać na drugi brzeg z suchymi butami.

Już na początku leśnego odcinka dostaję od Piotrka SMS-a: "W Kacwinie koło kościoła dobra pizza". Bardzo dobra wiadomość. Tylko gdzie jest Kacwin? Jak daleko przede mną znajduję się Piotrek? Mam nadzieję, że zdążę przed nocą.

Po kilku gdzinach kończy się las. Cywilizacja. Zabudowania. Z daleka widzę kościelną wieżę. Przy stolikach siedzi już kilku uczestników maratonu. Herbata, duża pizza, jeszcze jedna herbata. Chwila rozmowy. Przesadziłem ze swoimi możliwościami, 2 pozostałe kawałki pizzy proponuję kolejnym rowerzystom, okazuje się, że Słowakom, którzy nawet nie są zawodnikami CD.

Czas na refleksję. "Łatwy" odcinek przez lasy daje mi się mocno we znaki. Nawet nie było okazji by odpocząć wpychając rower. Jestem zmęczony. Nie tak to sobie wyobrażałem. Nie na taką imprezę się zapisywałem. Te góry zaskoczyły mnie swoją wysokością. Mam dosyć jazdy, dosyć wpychania roweru pod kolejne wzniesienia. Na dzień dzisiejszy mam dość wszelkich górskich tras. Z niechęcią myślę o planowanych startach w podgórskich maratonach na orientację. Nigdy więcej gór!!!!. Najchętniej już wycofałbym się z zawodów. Jednocześnie wiem, że jestem na tyle uparty, by pomimo znużenia pokonać całą trasę. Mam taki zapas czasu, że chyba mógłbym to zrobić nawet prowadząc rower.

Mijamy zablokowany po wypadku fragment drogi przez Kacwin. Szczęśliwie nikt się nas nie czepia. Asfaltowa droga prowadzi do słowackiej wsi Wielka Frankowa. Dalej łagodna gruntowa droga prowadzi w kierunku granicznej grani. Wystarczy się obejrzeć, by zobaczyć słowackie pagórki w świetle chylącego się ku zachodowi słońca. Wkrótce do tych widoków z przeciwnej strony dołączą rozświetlone Pieninki.

Przez łąki zjeżdżam do kolejnej słowackiej dolinki. Trochę asfaltu i wjadę na "krótki" odcinek leśny, który doprowadzi mnie do slowackiej Lechnicy. Przed tym fagmentem otrzegał Arek, który testował trasę 2 tygodnie wcześniej. Co miał na myśli? Zaczyna się dość nieciekawie, woda spływająca koleinami drogi. Kilka pochylonych lub powalonych drzew. Mijam ogrodzoną elektrycznym pastuchem łąkę. Próbuję prowadzić rower po błotnistej drodze. Co kilkadziesiąt ... kilkanaście metrów błoto blokuje koła. Usuwam glinę i prowadzę dalej. Ponawiam tę czynność w nieskończoność.

To nie był jeszcze najtrudniejszy fragment. Droga nieoczekiwanie kończy na skraju niewielkiego jaru. Próbuje wspinać się w górę po jednej, poźniej po drugiej jego stronie. Gdzie jest dalsza część drogi? GPS nie potrafiący stabilnie namierzyć położenia nie ułatwia zadania. Chociaż błądzenie po nieznanym leśnym terenie nie jest dla mnie nowością (maratony na orientację), teraz czuję się zupełnie bezradny i zagubiony. Co poszło nie tak?

Telefon do przyjaciela? Dzwonię do Piotrka. Na końcu błotnistej drogi powinienem wspiąć się 300 metrów po stromym zboczu aż do położonej wyżej polany. Jest jakaś opcja awaryjna i oznaczony powrót do doliny Dunajca ale nie potrafię zrozumieć jak to dokładnie ma wyglądać. Kolejny telefon, tym razem do organizaatora. Wg orga do polany mam 400 metrów wspinania ale wiem też, że można asfaltami dotrzeć do przełomu Dunajca. Będzie to zgodne z decyzją organizatora.

Jeszcze się nie poddaję. Próbuję wejść w górę wcześniejszą przecinką. Gdy ta skręca w niewłaściwą stronę przedzieram się przez porośnięte lasem zbocze. Wreszcie zniechęcony schodzę stromo w dół lawirując pomiędzy powalonymi drzewami. Doskwiera ból palca ale dopiero później zauważam, że duży paluch wylazł z buta przez odrywającą się podeszwę. Pokonanie stromego leśnego odcinka do położonej wyżej polany w dzień musiało być bardzo trudne (kilku osobom się to udało). W nocy wydaje się niemożliwe. Nie podejmuję się podjąć tego zadania.

Ponad 2 godziny walki nie przynosi rezultatu. Ponownie wycofuję się błotnistą drogą. tym razem niosąc ciężki rower na plecach (do tej pory myślałem, że jest to niemożliwe). Wyjazd z lasu przerywa widok światełka czołówki. Błyska iskierka nadziei, może razem nam się uda. Tomek Cieplak, podobnie jak ja bezskutecznie poszukiwał drogi ale zrezygnował z poszukiwań i zamierza tu spedzić noc.

Obok w lesie jest paśnik, pod którym leży dostatecznie gruba warstwa siana. Ten widok również dla mnie jest wystarczająco zachęcający. Tak dobrego miejsca na nocleg jeszcze na tej trasie nie miałem. Zrezygnowany idę spać. Rano zadecyduję co zrobić dalej.

trasa do Lechnicy

moje próby

Budzę się przed świtem i rozważam swoje położenie. 1. odrywająca się podeszwa w moich butach, 2. zraniony i krwawiący palec, 3. czas bezsensownie stracony na poszukiwaniach. Jakimś wyjściem byłby zakup nowych butów SPD. Tylko z tym musiałbym poczekać do poniedziałku (jest niedziela rano) bez gwarancji, że znajdę sklep i buty. Coś we mnie pęka, uchodzi jak z przekłutego balonu. Decyzja może być tylko jedna. Wycof!

Cofam się do asfaltowej drogi i zjeżdżam do doliny. Tomek pojedzie poprawionym śladem (jak się ma internet w telefonie można go ściagnąć ze strony maratonu). Pierwszy raz mogę podziwiać wysokie, imponujące skały jadąc po slowackiej stronie przełomu Dunajca. Na rozwidleniu ścieżki rowerowej do Szczawnicy i tej prowadzącej w kierunku grani Pienin zatrzymuję się by zjeść śniadanie. Tu kończy się 3 doba od momentu startu. Jestem na 322 km trasy. Gdyby nie wtopa organizatora z nieprecyzyjnym i nieprzejezdnym śladem, mógłbym być w tym momencie przy końcu grani Pienin i zjeżdżać do Piwnicznej. Gdyby nie wtopa organizatora moje buty być może nadawałyby się jeszcze do chodzenia (i jazdy). Nie ma co gdybać i narzekać. Jedyne co mogę zrobić to zakończyć zmagania z wymagającą trasą.

Statystyka (3 doba):
dystans 76,8 km
czas jazdy 11 godz. 53 min.
v średnia 6,49 km/godz.

dystans 333,0 km
czas jazdy 43 godz. 58 min.
v średnia 7,57 śr

Rekreacja (doba 4 i 5)

Część sportowa zakończona. Czas na rekreację. Urlop mam przecież do końca tygodnia. Bilet powrotny zakupiony z Przemyśla. Na miejscu do odebrania bagaż przekazany na starcie. Trzeba próbować dotoczyć się do Mucznego. Mam nadzieję, że rozpadające się buty wzmocnione srebrną taśmą używane tym razem zgodnie z przenaczeniem tzn. do jazdy, a nie do chodzenia wytrzymają do końca.

Zjeżdżam do Szczawnicy i Krościenka. Niby wiem, że aby dotrzeć w Bieszczady trzeba jechać na południe. Szczegóły trasy okazują się nie być takie proste. Przed Nowym Sączem zatrzymuje mnie drogowskaz Piwniczna. Niby trasa CD prowadzi przez tą miejscowość tylko czy dla mnie jest to optymalna droga. Nie zaszkodzi się upewnić. Stawiam, że najlepiej pomoże mi Grześ. Telefon. Czekam na sprawdzenie trasy i odpowiedź. Mam jechać 28-ką do Gorlic, dalej Dukla, Tylawa, Komańcza.

Po kilkudziesieciu kilometrach zauważam, że coś poszło nie tak. Numer drogi się nie zgadza - 75 to nie 28. Podczas przejazdu przez Nowy Sącz, źle skręciłem na jednym ze skrzyżowań. Tabliczki przy drodze wskazują odległość od Krynicy.

Muszę naprawić błąd, znaleźć optymany sposób by wrocić na drogę do Gorlic. Nie dodatkowy dystans będzie tu problemem ale przewyższenia. Będę przecinał zachodni fragment Beskidu Niskiego. Podjazdów nie da się uniknąć. W miarę równy asfalt sprawia, że udaje się to bez zsiadania z roweru.

Jeżeli był ciężki i to asfaltowy podjazd, to wkrótce nastąpi to co najprzyjemniejsze w takim przypadku - szalony zjazd. Ukształtowanie terenu jest sprzyjające. Kiedy wskazania licznika przekraczają 60 km/godz. odpada niezbyt precyzyjnie zabezpieczony Garmin Etrex 20x. Z dużą siłą uderza o asfalt i toczy się w kierunku pobocza. Ostre hamowanie i powrót do prawdopodobnego miejsca upadku. Obawiam się, że szanse na szybkie odnalezienie GPS-a mam znikome. Za wąskim wykoszonym pasem pobocza rosną gęste chwasty i rozpoczyna się niewielka skarpa. Pomimo, że do przeszukania mam jak przypuszczam ok. 50 metrów tego pobocza, szczęście mi dopisuje. Odnajduję Garmina przy pierwszym przejściu.

Dopiero teraz mogę ocenić straty, a właściwie ich brak. Jestem pod wrażeniem. Urządzenie działa bez przerwy, a na plastikowej obudowie widać jedynie niewielkie otarcia. Nie zmienia to mojego zdania, że Garmin to niemiecki szajs. Po kilku latach użytkowania to wewnętrznie sprawne, a warte niemal 1000 zł urządzenie nadaje się tylko do wyrzucenia. Powód to ulegające zużyciu przyciski. Serwis tak błahymi spawami nie zajmuje się. Kupienie nowej (wartej zapewne nie więcej niż kilka złotych) obudowy czy nawet jej podróbki, jest niemożliwe. Szkoda, że ta firma dba tylko o swoje interesy, a nie klientów.

Jestem na urlopie, więc czas by spokojnie zjeść jakiś posiłek. Najbliższa możliwość nadaża się w Gorlicach. Do wyboru kilka pizzerii. Wybieram chyba tę najgorszą, poniewaz rower stojący tuż za oknem będę miał na oku. Pomimo, że jestem głodny z trudnością pochłaniam suchego gniota.

Silny zmieniający kierunek wiatr sprawia, że często muszę walczyć z tym przeciwnikiem. Tradycyjny nocleg pod wiatą. Nie tym razem. Mijam Nowy Żmigród. Na polu obok drogi dostrzegam blaszany garaż. Mam szczęście jest pusty a wejście jest lekko uchylone. Na rosnącej wewnątrz trawie rozkładam folię, wyciągam śpiwór. Teraz tylko trzeba staranie dopasować swoje ciało do nierówności podłoża. Porywisty wiatr szarpie wydającą przeraźliwe dźwięki blachom. To szczegół, który nie zmienia faktu, że jest to pierwszy mój nocleg "pod dachem".

Jadąc asfaltami mam dużo czasu na rozmyślania. Czy wycof był konieczny? Czy to tylko dobry preteksty by zakończyć męczarnie? Do końca nie jestem pewien. Z pewnością można było jeszcze przejechać część dystansu zanim stanie się to co nieuchronne tzn kiedy buty spadną z nóg. Pokonywanie górskich szlaków na boso nie jest moim ulubionym sposobem poruszania się.

Niezbyt wczesna pobudka, Przecież nie muszę się już nigdzie śpieszyć. Silny przeszkadzający wiatr i raczej płaski teren. Dojeżdżając do Komańczy spotykam Piotrka. W napotkanym sklepie robimy ostatnie zakupy. Tu nasze drogi się rozchodzą. Spotkamy się dopiero na mecie. Mija 4 doba od startu. Na liczniku 525 km. Przez ostatnią dobę pokonałem 188 km.

Jadę w kierunku Cisnej. Tu rezygnuję z jazdy obwodnicą bieszczadzką. Moim celem będą dwie bieszczadzkie gminy: Baligród i Solina. Czeka mnie kilka podjazdów. Motywacją są gminy, po które kiedyś musiałbym specjalnie przyjechać. Najwyższy grzbiet i najtrudniejszy podjazd oddziela dwie sąsiadujące ze sobą gminy. Nagroda to jak zwykle bardzo szybki zjazd. Liczę na rozległy widok na Jezioro Solińskie ale nie znajdę się w odpowiednim miejscu.

Wkrótce trasa mojego "asfaltowego" przejazdu pokryje się ze śladem Carpatii. Zaskakuje mnie szutrowa wznosząca się i opadająca droga doliną Sanu. No przecież według planu miał być juz tylko asfalt! Męczę się okrutnie, marząc o powrocie równiutkich asfaltów. Wkrótce miną mnie uszczestnicy Carpatia Divide, bracia Pyrka. Mogę stwierdzić tylko, że to nie moja liga. Ja jadąc całą trasą w tym miejscu miałbym już tylko siły by prowadzić rower. Jeszcze kilka godzin i o godz. 18:00 odmeldowuję się na mecie w Mucznem. Dopiero pod koniec jazdy średnia z całej trasy przekroczyła 10 km/godz.

Statystyka (5-6 doba):
dystans 302,8 km
czas 32 godz.
czas jazdy 15 godz. 17 min.
v średnia 19,8 km/godz.

dystans 635,8 km
czas 59 godz. 09 min.
v średnia 10,75 km/godz.
v max 69,6 km/godz.

Przede mną kilka dni wypoczynku w Mucznem - miejscowości położonej na końcu świata. Nie omieszkam wykorzystać okazji jaką stwarza pobyt u podnóży Bieszczad na szybki wypad pieszy szlakiem przez najwyższe szczyty. Innego dnia wsiądę na rower nie opuszczając jednak asfaltowych dróg.

Witam kolejnych docierających na metę zawodników. Wkrótce zaczną przyjeżdżać ci, którzy znajdowali się daleko za mną. Odpoczywam, odzyskuję siły a myśl Nigdy więcej gór rozpływa się w niebycie. Nie można tak tego zostawić. Mam nadzieję, że z trasą CD uda się rozprawić. C.d.n.

trasa na RWGPS


Fotki organizatora


No to start!


Podjazd pod Małą Czantorię (początek)


Ochodzita (zjazd)


Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 90
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót