.

Bikeorient nad Czarną

Maleniec 2 lipca 2022 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Bikeorient to dziś impreza bardzo dobrze rozpoznawalna z długą już tradycją. Właśnie mija 15 lat od pierwszej rozgrywanej w Wolborzu edycji tej imprezy. Nieskromnie powiem, że już wtedy jako wielokrotny uczestnik takich imprez brałem udział z głosem doradczym przy powstawaniu tego maratonu na orientację. W pierwszej edycji udało mi się nawet zająć miejsce na pudle. Później bywało różnie. Raz startowałem, innym razem wybierałem konkurencyjne propozycje imprez. Wreszcie "obraziłem się" za zbyt dokładne mapy. Przez kilka kolejnych lat pomagałem w rozstawianiu punktów. Po 8 latach przerwy postanowiłem wrócić na trasę jako zawodnik. Receptą na dokładne mapy będzie brak licznika i możliwości odliczania odległości. Jak wypadł ten powrót dowiecie się z poniższej relacji.

Przedstarowe rozmowy Ania/Suwalskie Tropy Race (fot. Paweł.B./Bikeorient)

Mapy rozdane. Kilka minut na ustalenie strategii zaliczania punktów. Ten element rywalizacji nie jest moją najmocniejszą stroną. Po niezbyt udanej próbie, postanawiam ruszyć na trasę z Ewą i Jarkiem. Chwilę poprawiam mapę, a moi przewodnicy znikają mi z oczu. START - 9:00. Duża grupa zawodników rusza na południe czyli do najbliżej położonego punktu. Nie mam wyjścia, ruszam w tym samym kierunku. Szybki asfaltowy przejazd. Pochylam się na lemondce i mocno naciskam na pedały, by zbliżyć się do czołówki.

Prowadząca grupka szybko skręca w leśną drogę. Po chwili 20-30 bikerów krąży po lesie w poszukiwaniu lampionu na miejscu starego cmentarza. Obecność tłumu nie pomaga w myśleniu. Jest tu przecież kilku czołowych orientalistów, którzy powinni znaleźć punkt kontrolny bez zastanawiania się. Wreszcie któryś z poszukiwaczy świadomie, a może przypadkiem trafia na drzewo z lampionem. Krótkie oczekiwanie w kolejce i wyścig rozpoczyna się na nowo. PK4 - cmentarz choleryczny - godz. 9:13.

Najważniejszym dla mnie zadaniem jest utrzymanie kontaktu wzrokowego z zawodnikami, którzy szybciej opuścili miejsce odnalezienia pierwszego punktu. Nie patrzę na mapę. Nie zastanawiam się nawet, do którego punktu zmierzamy. W jaki sposób przejeżdżam do kolejnego celu dowiem się dopiero po analizie śladu. Jak przez mgłę pamiętam umiejscowienie punktu. PK22 - nad stawem - 9:25.

Mapy rozdane. Czas na planowanie trasy (fot. Paweł.B./Bikeorient)

Szalona jazda trwa nadal. W gonitwie za zawodnikami jadącymi z przodu mijam kilkanaście osób, które zatrzymały się nieopodal leśnej drogi. Mojego zainteresowania nie wzbudza fakt, że kiedy inni pędzą by zaliczać kolejne punkty oni już na początku trasy zrobili sobie odpoczynek. W ten sposób mijam znajdujący się w tym miejscu punkt kontrolny nie zaliczając go. PK24 - dąb Starzyk - 9:29. Kiedy już zacznę kontrolować mapę będzie za późno, żeby wrócić po "zgubę".

Grobla między stawami, leśna droga. Konkurenci zaczynają niebezpiecznie oddalać się. Znikają za kolejnymi zakrętami drogi. Wreszcie zatrzymują się, żeby sprawdzić mapę. Razem z nimi skręcam we właściwą leśną dróżkę. Skraj lasu nad stawami. Opis punktu - obniżenie terenu, niejednego początkującego orientalistę może wprowadzić w zakłopotanie. To nie pierwszy raz gdzie aby odnaleźć obniżenie terenu trzeba wdrapać się gdzieś wyżej. Stroma skarpa prowadzi prosto do ukrytego w dole lampionu. PK21 - obniżenie terenu - 9:45.

Szybki, komfortowy dojazd do miejscowości Fałków i znajdujących się tam ruin. Odnalezienie ruin zamku w Fałkowie oraz znajdującego się tam punktu nie nastręcza tak dużych problemów. W otwartym terenie z daleka widać rowerzystów, którzy dotarli tam chwilę wcześniej. PK23 - ruiny zamku - 9:54.

Długi odcinek asfaltowej drogi prowadzącej do kolejnego celu pozwala na to by bardziej spokojnie spojrzeć na mapę. To najwyższy czas, ponieważ stawka rywali mocno się już przerzedziła. Mogę dołączyć się do jakiejś grupki, jadącego samotnie zawodnika lub zacząć nawigować samodzielnie. Oczywiście ta ostatnia opcja jest jak najbardziej pożądana. Powoli wraca świadomość i czucie terenu. Nie patrząc na jadących z przodu zawodników wybieram własny wariant dotarcia do punktu. Na wybranym skrócie niewiele zyskuję, ale cieszy samodzielna nawigacja. Razem z zawodnikami. którzy pojechali dłuższą drogą docieram w okolice punktu. Po krótkich poszukiwaniach lampion ukryty w jednym z dołów zostaje odnaleziony. PK18 - obniżenie terenu - 10:10.

Aktualna mapa, asfaltowe i szutrowe leśne drogi pewnie prowadzą mnie do kolejnego celu. Nie jest źle jeżeli w tym samym kierunku, w tym samym czasie zmierza Piotr Buciak. Skręcam w boczną podmokłą leśną dróżkę. Wspinam się na niewielkie wzniesienie. Z odnalezieniem punktu nie mam problemu. W międzyczasie dotarło do niego wielu zawodników (prawdopodobnie) z krótszej trasy mega. PK17 - na górce - 10:34.

Kolejny długi odcinek pomiędzy punktami pokonuję już niemal samotnie. Do znudzenia aktualna mapa. Wystarczy starannie identyfikować swoje położenie na mapie. Nie porośnięta roślinnością wydma. Odciśnięte w piachu ślady pozwalają precyzyjnie i bez zbędnego szukania dotrzeć do powieszonego na jakimś drzewie lampionu. PK15 - na wydmie - 10:56. Chwilę później również bez przeszkód odnajduję PK14 - ruiny gospodarstwa - 11:05.

Charakter terenu sprawia, że nieopłacalne wydaje się szukanie najkrótszych być może zarośniętych lub piaszczystych przecinek. Szybkość jaką można rozwinąć na równych szutrowych leśnych drogach pozwala zrekompensować dłuższą jazdę. Ostrożnie jadę drogą obok której znajdują się jakieś mokradła i brzeg torfowiska. Wbrew obawom punkt należy do tych oczywistych do odnalezienia. PK16 - brzeg torfowiska - 11:19.

Niewyraźne, być może kończące się na podmokłych śródleśnych łąkach rzecinki zniechęcają do szukania skrótów. Podobnie jak większość a może wszyscy zawodnicy jadę długim objazdem. Mijam młodnik i już z daleka widzę wzgórze porośnięte starszymi drzewami. Bez powodzenia zaczynam poszukiwania na wzniesieniu obok drogi. Błąd. Punkt na mapie zaznaczony jest znacznie dalej, ok. 3 mm czyli ponad 150 metrów od drogi. Wchodzę na właściwe zbocze wydmy i poszukiwania szybko kończą się sukcesem. PK20 - na wydmie - 11:39.

Prawie 3 km powrotu tymi samymi drogami. Szukanie skrótu leśnymi dróżkami nie wydaje się opłacalne. Czujnie jadąc staram się nie przegapić miejsca w którym trzeba zsiąść z roweru. Chociaż nie jestem przekonany czy to właściwe miejsce kręty rów w poprzek wzniesienia doprowadza mnie do celu. PK30 - okopy - 11:53. Po raz kolejny spotykam Piotrka i wskazuję mu kierunek. Prawdopodobnie od momentu kiedy go spotkałem poprzednio, zaliczył jeden dodatkowy punkt.

Jadę w kierunku położonego na północy punktu. Na początek prościutka gruntowa droga. Później nieco kombinowania po doskonale zaktualizowanej w okolicach punktu mapie. Kreski na mapie są, z odnalezieniem drogi w porośniętej trawą łące jest już znacznie gorzej. Jedziemy (z Piotrkiem). Prowadzimy rowery. Z przeciwnej strony prowadzi rower Bartek. Jest silna ekipa poszukiwawcza, ale gdzie znajduje się umieszczony na mapie i w opisie punktu staw? Bartek zagląda w głąb znajdującego się na skraju łąki lasku. Gęste zarośla uniemożliwiają wejście głębiej. Nie rezygnuje, kilkanaście metrów dalej przeciskając się między krzakami można dotrzeć na skraj niewielkiego zarośniętego zbiornika wodnego. Mistrzowsko ukryty punkt. Kto jak nie Bartek, mistrz w budowaniu tras Harpagana, był najlepszym kandydatem do jego odnalezienia. Pozostawiamy wydeptane w trawie ślady. Następcy będą mieli już łatwiej. PK29 - nad stawem - 12:20.

Łąki. Piaszczyste drogi. Asfalt. Zabudowania niewielkiej miejscowości. Przy jednej z uliczek znajduje się dorodny dąb z lampionem PK. Miły przerywnikiem przed kolejnymi podbojami. PK10 - dąb Mikołaj - 12:29.

Powoli zbliżam się do najbardziej oddalonych od bazy punktów na zachodnim skraju mapy. Nadpiliczne lasy charakteryzują się też nadrzecznymi piachami. Droga na którą trafiłem to piaskownica, zupełnie nie nadaje się do jazdy. Podobnie jak podczas niedawnego maratonu Galanta Pętla próbuję ominąć nieprzejezdną drogę jadąc przez las w bliższej lub dalszej odległości od jej krawędzi. Omijanie przeszkody przebiega całkiem sprawnie. Do czasu. Kiedy już zbliżam się do dochodzącej z boku szutrówki czuję, że w napędzie ląduje gałązka. Jeszcze chwila nadziei, że zdążę się zatrzymać. Spoglądam do tyłu, gdzie zwisa połamana, niedawno założona przerzutka. Jazda pełnym leżących na ziemi gałązek, suchym sosnowym lasem, było proszeniem się o tragedię. (godz . 12:38). Udział w maratonach na orientację staje się dla mnie wyjątkowo kosztowny (2 imprezy i 2 zniszczone przerzutki). Jeżeli by szukać pozytywów tej sytuacji to zawracając w tym miejscu nie będę musiał pokonywać brodem rzeki Pilicy.

Nadzieja, że wystarczy wymienić hak okazuje się płonna. Zresztą hak nie został zniszczony. Szybkie szacowanie położenia w jakim się znalazłem. Od bazy i mety zawodów dzieli mnie niemal cała szerokość mapy formatu A3 (42 cm). Szybkie przeliczenie wskazuje, że przy skali 1:50.000 to w linii prostej ok. 20 km. Zegarek wskazuje, że do zakończenia imprezy pozostaje ponad 6 godzin. Co zrobi wiki? Znajomi bezbłędnie wskażą właściwą odpowiedź. Do bazy i tak muszę/chcę wrócić samodzielnie, dlaczego po drodze nie zaliczyć "pieszo" kilku punktów. Przecież taką samą sytuację przeżyłem kilka lat temu (2016) na trasie Irokeza [(z) Rowerem po Jurze].

Jadąc rowerem - czyli do czasu awarii - zaliczyłem 13 punktów kontrolnych co wystarcza by zostać sklasyfikowanym na trasie Mega. Jeżeli chcę opuścić strefę dla początkujących rowerzystów i rywalizować na trasie Giga, muszę tych punktów zdobyć co najmniej 16 czyli zaliczyć kolejne 3.

Statystyka części rowerowej:

dystans - 57,5 km
czas trasy - 3:38
czas jazdy - 3:11
średnia - 18,0 km/godz.
punkty - 13

Pierwszym moim celem w części "pieszej" zawodów będzie zdobycie najwyższego punktu na trasie czyli Diablej Góry. Opuszczam las, w którym doszło do awarii i przede mną kilka kilometrów asfaltowej drogi. Chociaż asfalt ułatwia jazdę i wykorzystanie roweru jako hulajnogi, to jazda niemiłosiernie się dłuży. Kiedy nachodzi mnie zwątpienie przypominam sobie gościa, który (co prawda) na profesjonalnej hulajnodze pokonał 1400 km trasę maratonu Wschód). Kiedy wybierając skrót opuszczam asfaltową drogę zwątpienie w sens dalszej jazdy szybko mija. Wpycham rower ścieżką prowadzącą na szczyt wzniesienia. Punkt na Diablej Górze znajduje się obok pomnika czyli w tym samym miejscu jak podczas jednego z wcześniejszych Bikeorientów słynnego z tego, że brody na Pilicy trzeba było pokonywać wielokrotnie w różnych miejscach. PK9 - pomnik - 13:50.

Powrót z górującego się nad okolicą wzniesienia to przyjemność. Wreszcie mogę wsiąść na rower a siła ciężkości sprawia, że bez żadnego wysiłku z mojej strony zjeżdżam w dół. Mój organizm, mój umysł zaaprobował już nietypowy sposób poruszania się i zaliczania punktów. Ponieważ po zaliczeniu najbliższego punktu i tak będę wracał tą samą drogą, rower pozostawiam w krzakach na skraju łąk, a na poszukiwania punktu ruszam bez niepotrzebnego balastu. Kilkaset metrów wzdłuż rzeki doprowadza mnie do widocznych z oddali kładek i zwisającego z jednej z nich lampionu. Wracając trochę na skróty, w pewnej odległości od rzeki muszę pokonywać pojawiające się łany pokrzyw i jeżyn. PK5 - kładka - 14:30.

PK5 - kładka

Nie trzeba być orientalistą by dotrzeć do punktu kontrolnego, który jest jednocześnie punktem żywnościowym. Znajduje się na oznakowanej trasie Piekielnego Szlaku. Uzupełniam bidony, szybko zjadam soczyste owoce, ciastka i orzeszki. Nie odczuwam zmęczenia, więc pozostanie tu nawet chwilę dłużej nie ma najmniejszego sensu. PK1 - wiata (bufet) - 14:56.

Afryka - to miejscowość przez którą jadę po opuszczeniu bufetu. Pogoda wyraźnie nie przystosowuje się do tak zobowiązującej nazwy, a może to termin zawodów jest nieodpowiedni. Kiedy wczoraj dojeżdżałem do bazy zawodów czułem się jak w dużo cieplejszych rejonach globu - w cieniu było ok. 35 stopni. Dzisiaj jest o ponad 10 stopni mniej czyli przyjemna do jazdy, ale mniej sprzyjająca pokonywaniu brodów temperatura.

Pierwszy cel jaki przed sobą postawiłem właśnie został zrealizowany. Mam dostateczną liczbę punktów by zostać sklasyfikowanym na trasie Giga i zdobyć co prawda niewielką ilość punktów do Pucharu Polski. Do upływu limitu w którym trzeba wrócić na metę pozostały 4 godziny. Czemu by nie zaliczyć jeszcze kilku punktów? Dwa pierwsze leżące nieopodal drogi do bazy nasuwają się same.

Opuszczam Afrykę. Przedostaję się na drugą stronę asfaltowej drogi. Piaszczysta droga przez las. Cel, to ukryta w środku lasu kapliczka. Przede mną pojawiają się dwie rowerzystki - Ania i Julka. Podziwiam tą młodszą, która nie narzekając, dzielnie walczy z piaszczystą drogą. No cóż, widocznie przynależność do rodu Banaszkiewiczów do czegoś zobowiązuje. Podobne zdziwienie/podziw wywołuję pokazując jak wygląda napęd mojego roweru. PK7 - kapliczka - 15:16.

Zamiast wracać na asfaltową drogę postanawiam pojechać na skróty przez las. Dokładna mapa pozwala swobodnie przemierzać leśne ostępy. Pokonuję przeszkodę w postaci nasypu kolejowego (liczyłem na przejazd pod torami). Precyzyjnie wybieram kolejne leśne dróżki. Do czasu. Przestrzeliwuję przecinkę prowadzącą bezośrednio w kierunku punktu. Nie ma tego złego, dotrę do punktu od przeciwnej strony. Ślady opon odciśnięte w wilgotnym podłożu i szczegółowa instrukcja jaką otrzymuję od napotkanych bikerów, pozwala zawęzić obszar poszukiwań. Dość sprawnie odnajduję jeden z kilkunastu dołów i widoczny z kilkunastu metrów lampion. PK3 - dołek - 16:00. Trzeba przyznać, że skrót był wątpliwy i wybierając wariant nieco przekombinowałem. Jadąc asfaltową drogą zrobiłbym to szybciej.

Liczba dostępnych punktów znacznie się zmniejsza. Po zastanowieniu rezygnuję z punktów znajdujących na południu, gdzieś na przeciwległym brzegu rzeki Czarnej. Dotarcie do nich nie wydaje się tak oczywiste. Jadę na północ w kierunku kolejnego wzniesienia - Sielecka Góra. Przynajmniej wracając z punktu będę mógł wsiąść na rower. Mozolne wpychanie roweru. Dość przypadkowo i bez szukania trafiam na zagłębienie terenu. PK8 - dół - 16:38.

Jadąc w kierunku bazy mogę zaliczyć kolejny punkt. Poruszanie się na pieszo (hulajnogą) po asfaltowych drogach wzbudza dzisiaj moją niechęć. Rezygnuję z najbardziej naturalnej (gdybym jechał rowerem) drogi od północy. Postanawiam zaliczyć punkt od innej strony. Poruszając się pieszo mogę skorzystać z mniej przejezdnych dróg. Droga którą wybrałem wkrótce się kończy, a ja przedzieram się przez wysoką roślinność, przeskakuję przez rowy. Zatrzymuję się obok rozległego betonowego zbiornika. Moich obaw nie wzbudza fakt, że na zaktualizowanej mapie, Piotrek (organizator) nie zaznaczył tego obiektu. Nawet przez myśl nie przechodzi mi fakt, że zbiornik jest umieszczony na mapie, a ja znajduję się w zupełnie innym niż mi się wydaje miejscu. Droga którą jadę kończy się na łąkach. Bujna roślinność przez którą przedzieram się z rowerem sięga pasa. Z daleka widzę drogę którą powinienem wybrać już na początku. Kiedy już do niej docieram wystarczy pilnować śladów opon i jednocześnie kontrolować mapę by trafić prosto na punkt. PK25 - na górce - 17:26.

W drodze do PK25. U góry optymalna trasa. U dołt skrót

Tym razem bardzo mocno przekombinowałem. Wybierając od razu najlepszą drogę od północy, punkt zaliczyłbym ponad pół godziny wcześniej. Równie szybko mógłbym zaliczyć punkt wybierając właściwą drogą (skrót) od wschodu. Pomimo, że do końca zawodów pozostaje 1,5 godziny i mógłbym podjechać i zaliczyć punkt nad Czarną, jestem tak znużony brodzeniem w roślinności, że myślę tylko o powrocie do bazy. Dotrę tam godzinę przed upływem czasu. META 18:01.

Statystyka części pieszej:

dystans - 37,8 km
czas trasy - 5:23
czas "jazdy" - 4:20
średnia - 8,9 km/godz.
punkty - 7

Statystyka trasy:

dystans - 95,3 km
czas trasy - 9:01
czas jazdy - 7:31
średnia - 12,7 km/godz.
punkty - 20/30
miejsce - 44/54


trasa na RWGPS



Krzysztof Wiktorowski (wiki) nr 191
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót